Zataczając krąg

mosty_reportaz05_01Dzień nie jest piękny, choć taka, wydawać by się mogło, powinna być niedziela. Przebijamy się przez Wrocław w kierunku Nowego Dworu, co chwilę stając w powstałych nie wiadomo skąd korkach. Szaro i jakoś mało zachęcająco do wychodzenia z domu − aura w ogóle nie pasuje nam do okoliczności, w jakich wybraliśmy się z aparatami w miasto. Zostaliśmy zaproszeni na obchodzone tylko w gronie najbliższych platynowe gody pani Michaliny i pana Romana. Czujemy się zaszczyceni.

Odnajdujemy adres. Wielopiętrowy blok mieszkalny, taki jak inne wokoło. Polskie, miejskie osiedle jakie znamy wszyscy. Przed klatką schodową wpadamy na część gości i już w towarzystwie, w przyciasnej, ale rozgadanej i wesołej windzie, wjeżdżamy na jedno z najwyższych pięter. W końcu wchodzimy do mieszkania wypełnionego zapachami gotujących się w kuchni specjałów i gwarem przywitań.

W kuchni niepodzielnie rządzi pani Michalina, której pomaga wnuczka Małgorzata. Zaglądamy z ciekawością do garnków, wymieniamy jakieś kulinarne uwagi, ale gospodyni szybciutko wygania nas do pokoju gościnnego, zaplecze mamy zostawić paniom. W przedpokoju mąż Małgorzaty, Bartek, z którym jeszcze przed chwilą jechaliśmy windą, stara się uporać z ubrankiem małego Kubusia. To prawnuczek − oczko w głowie naszych gospodarzy.

W pokoju gościnnym dyskusja krąży wokół sportu. Na ekranie telewizora poruszają się sylwetki panczenistów. Od czasu zimowych igrzysk w Soczi mamy spory apetyt na medale w tej dyscyplinie, a wkrótce mają pobiec nasi reprezentanci. Pan Roman, siedzący u szczytu stołu, obserwuje ekran. Bliżej odbiornika, na wygodnych fotelach, jego syn Andrzej i wnuk Mikołaj starają się przewidzieć wynik zawodów. Nieco z boku pani Lidia, żona pana Andrzeja, mama Małgorzaty i Mikołaja, przysłuchuje się im z zaciekawieniem.

Wchodzimy w tę leniwą, weekendową atmosferę, burząc ją nieco. Wkrótce siedzimy przy stole, na którym pojawiło się ciasto i gorące napoje, mamy pierwszą okazję na zadawanie pytań. Skoro to 55 rocznica ślubu gospodarzy, to pierwsze pytanie wydaje się być oczywiste. Chcemy się dowiedzieć, w jaki sposób poznali się nasi jubilaci.

Pan Roman sięga po rodzinny album i wyciąga z niego biało-czarne zdjęcie, na którym dwoje młodych ludzi siedzi obok siebie gdzieś w plenerze. To on z przyszłą żoną w Szklarskiej Porębie. – Miałem kolegów, którzy byli organistami – wspomina pan Roman – i jeden z nich prowadził chór przy kościele św. Michała we Wrocławiu. Ja często tam chodziłem, a żona śpiewała w tym chórze i tak się zapoznaliśmy.To było na Boże Ciało po procesji, kiedy się poznaliśmy, dokładnie pamiętam – uzupełnia pani Michalina, która właśnie w tym momencie wchodzi do pokoju z zamówioną kawą. – I umówiliśmy się na migi – z łobuzerskim uśmiechem dorzuca jej mąż, po czym śmieją się oboje.

– Chór był dość prężny – podejmuje opowieść pan Roman. – Tam ksiądz Grabowski był wtedy opiekunem i często robił wycieczki z młodzieżą. Akurat się załapaliśmy na wyjazd do Szklarskiej Poręby. Wyjeżdżało się pociągiem rano, tam śpiewaliśmy na mszy, a potem szliśmy gdzieś na biwak, na trawę. A wieczorem się wracało. To pozwalało się chórowi zżyć się ze sobą.

Pan Roman pracował wtedy w Opolu, w Wojewódzkim Urzędzie Urządzeń Rolnych, ale w 1959 roku wrócił do Wrocławia i ożenił się z panią Michaliną. Wkrótce oboje zaczęli pracę w Rejonowej Dyrekcji Budowy Miast i Osiedli. – Mąż był niezadowolony, że pod moim okiem, w jednym zakładzie – puszcza do nas oczko pani Michalina, jednak pan Roman szybko zaprzecza. – Mnie to wcale nie przeszkadzało.Ile lat minęło od państwa poznania się do ślubu – pytamy? – Trzy – odpowiadają jubilaci.

Młode małżeństwo otrzymało mieszkanie na ulicy Jęczmiennej – pokój z kuchnią. Wokoło były jeszcze gruzy, ale na podwórku rósł olbrzymi kasztan, który stał się miejscem sobotnich spotkań okolicznych mieszkańców. Zrobiono ławeczki, ktoś przynosił akordeon, śpiewano wspólnie piosenki. To wspomnienie, które mocno wryło się w pamięć naszych gospodarzy. Wkrótce na świat przyszedł pan Andrzej.

Dziewiętnaście lat tam mieszkałem. Cały czas, aż do matury – wspomina pan Andrzej. – Przedszkole na ulicy Grabiszyńskiej, szkoła na ulicy Prostej istnieją do dziś – zamyśla się. – Pamiętam gruzy na Grabiszyńskiej i chodniki z takich grubych, granitowych płyt. Teraz już wszystko pozmieniali, zrobili kładki, garaże.

W połowie roku 1979 rodzina wyprowadziła się do mieszkania na Nowym Dworze, w którym obecnie gościmy. Chwilę wcześniej pan Andrzej poznał panią Lidię, swoją przyszłą żonę. – To było w sylwestra, na prywatce w 1978 – mówi Pan Andrzej. – Pamiętam dobrze, bo to była zima stulecia. Jak szedłem na sylwestra to padał deszcz, a jak wracałem to już wszystko zamarzło i spadł śnieg. Ha! Ślub też wzięliśmy w trzy lata od poznania się, bo w 1982. Wszyscy zaskoczeni, przez chwilę zastanawiają się, po czym przytakują. Rzeczywiście upłynęły trzy lata od poznania się do ślubu. – I też przepracowaliśmy 18 lat razem w jednym zakładzie – dodaje ze śmiechem pani Lidia.

W roku 1984 rodzi się Małgorzata, a w 1986 – Mikołaj. Pan Andrzej z panią Lidią mieszkają na ulicy Reja, a później przeprowadzają się do swojego obecnego mieszkania na ulicy Pomorskiej. – I to było 25 lat temu – podsumowuje pan Andrzej. – Ile? – nie może nadziwić się pani Michalina. Przez chwilę liczy w pamięci, po czym potwierdza. – Tak, to już 25 lat, czas ucieka.Życie jest krótkie – filozoficznie podsumowuje pani Lidia.

A Bartek też mieszkał na Jęczmiennej! – zagaja pan Andrzej. – Najpierw na Pszennej, a później na Jęczmiennej – precyzuje Bartek, bawiący się na podłodze ze swoim synkiem. Przez chwilę zastanawiają się, czy na Jęczmiennej stoi jeszcze kasztan, o którym wspominał pan Roman. Bartkowi wydaje się, że tak, ale nie jest pewien czy to jest to samo drzewo? Oczywiście Bartek nie mógł poznać Małgorzaty na swojej ulicy, wśród rówieśników, mieszkała wtedy zupełnie gdzie indziej. Trafili na siebie zupełnie przypadkowo podczas spotkania internetowej grupy fotograficznej w jednej z wrocławskich knajpek.

To w ogóle było przedziwne spotkanie – wspomina Małgorzata – Po czasie z tej grupy wzięły się aż trzy małżeństwa. My jesteśmy jednym z nich. Małgorzata wpadła Bartkowi w oko od razu na pierwszym spotkaniu. Zaraz po nim pojechał za swoją sympatią na Festiwal Muzyki Filmowej do Krakowa. Do dziś wspominają niesamowity koncert z muzyką z filmu „Władca Pierścieni”.To po ilu latach od poznania pobraliście się? – żartem pyta pani Lidia. Przedłużającą się chwilę ciszy przerywa Bartek. – Kurcze… Po trzech! Wszyscy wybuchają śmiechem. – Taki widać zwyczaj w naszej rodzinie – podsumowuje pan Andrzej.

Dość tego gadania! – komenderuje Pani Michalina – Czas podać obiad. Z kuchni na stół, jedne za drugimi, wjeżdżają dania i wszyscy zajmują się konsumowaniem. Na koniec pojawia się deser – tort przygotowany specjalnie dla uczczenia rocznicy ślubu pani Michaliny i pana Romana. Jest odświętnie, ale też na swój sposób niezobowiązująco. Rozmowy przybierają mniej uporządkowaną formę. Pan Roman wspomina, że kiedyś sam lubił fotografować. Czy wnuczka tę pasję mogła odziedziczyć po nim? Sklejał też modele okrętów, ale przede wszystkim przez wiele lat był chórzystą.

Słuchamy z zaciekawieniem opowieści o Chórze Chłopięcym Polskiego Radia i jego charyzmatycznym twórcy Edmundzie Kajdaszu, o powstaniu Kameralnego Chóru CANTILENA. Pytamy, czy ktoś odziedziczył talent muzyczny po dziadkach? Pan Andrzej śmieje się, że słoń nadepnął mu na ucho, Mikołaj przyznaje się, że trochę grał na gitarze, a Małgorzata, że bardzo lubi śpiewać, ale tylko wtedy kiedy nikt nie słyszy.

Siedzimy w tej atmosferze serdeczności, wysłuchując opowieści naszych bohaterów i obserwując, jak uwaga dorosłych co chwilę zwraca się w stronę maleńkiego Kuby, który niezwykle grzecznie penetruje na czworaka zakamarki pokoju gościnnego i bez skargi daje się pieścić wszystkim po kolei – rodzicom, dziadkom i pradziadkom. W końcu ustawiamy wszystkich do portretu rodzinnego i powoli pakujemy swoje aparaty.

Czas się pożegnać. Gospodarze odprowadzają nas do windy, zjeżdżamy na dół i kierujemy swoje kroki w stronę samochodu. Pogoda nie polepszyła się ani trochę od momentu, kiedy tu przyjechaliśmy, ale my naładowani pozytywnymi emocjami znacznie cieplej patrzymy na świat. W samochodzie rozmawiamy o tym, jak blisko siebie potrafią być ludzie z pozoru tak różni, a jednocześnie żyjący tak podobnym życiem. Jakby każde kolejne pokolenie zataczało krąg, powtarzając wzorce, które sprawdziły się u poprzedników.