Wystarczy mieć marzenie?

mosty_reportaz07-7950Gdzieś pośród bloków dawnego osiedla wojskowego, pomiędzy ulicami Czajkowskiego a Koszarową we Wrocławiu, przycupnęła sobie niewielka kwiaciarnia. To cel naszej popołudniowej wizyty. Dziś lata, gdy była lokalnym centrum towarzyskim, są już przeszłością, którą wspominamy razem z właścicielką, panią Anię.

Kiedyś wszyscy tu się znaliśmy, można by wręcz powiedzieć, że się przyjaźniliśmy. Były spotkania wieczorami, jeśli nie tutaj, to u kogoś w mieszkaniu. Tamto sąsiedztwo zaczyna znikać, mniej jest wojskowych, jest duża rotacja, ludzie umierają – mówi nam pani Ania. – Chociaż czasem na wiosnę siadamy sobie w kameralnym towarzystwie z kawką na ławeczce. Tutaj zaraz obok ogródka z kwiatami, który zrobiłam – dodaje.

Mieszkam niedaleko. – Wskazuje na pobliski blok nasza gospodyni, jednocześnie parząc dla nas herbatę. – 32 lata w tym miejscu. Ale jestem wrocławianką, więc wcześniej w też samym mieście, tyle że za dworcem głównym. To tam przyszła do mnie sąsiadka i zaproponowała, żebyśmy otworzyły kwiaciarnię. Przenosili nas z miejsca na miejsce, w końcu wylądowałyśmy tutaj i zaczęła się budowa. Zanim skończyłyśmy, sąsiadka wycofała się, więc zaczęłam prowadzić kwiaciarnię sama.

Razem z naszym ciekawskim okiem aparatu zaglądamy we wszystkie zakamarki kwiaciarni. Kolorowo tu, radośnie i ciepło. Za to ostatnie odpowiada mały piecyk, przy którym ustawiony jest fotel pani Ani, a obok niego leżą nieodłączne krzyżówki. Czymś trzeba zająć się w oczekiwaniu na klienta. Pomiędzy doniczkami i wazonami z kwiatami nasza gospodyni ma bardzo wygodny punkt obserwacyjny. Z zewnątrz wygląda to jak okienko uplecione z żywych kwiatów.

Gdy zaczynałam były tu niedaleko koszary rosyjskie i wielu Rosjan kupowało tu kwiaty – opowiada pani Ania. – To byli specyficzni klienci. Dla nich najpiękniejsza różna była taka zupełnie rozwinięta, taka, która nie postoi już długo. Za pierwszym razem nie mogłam zrozumieć, o co chodzi, dopóki klient wskazał na jeden z tych zupełnie otwartych kwiatów i powiedział: „Daj mnie tą bolszą!”. Innym razem przyszedł do mnie mężczyzna, wojskowy, i zapytał, czy ja pamiętam, że on był moim pierwszym klientem? To było bardzo miłe. Wojsko to dobry odbiorca, te wszystkie wiązanki okolicznościowe, bukiety składane pod pomnikami – rozmarzyła się pani Ania.

Pod kwiaciarnię zajeżdża na rowerze Gosia, uwalnia spod czapki burzę włosów i z szerokim uśmiechem wchodzi do środka. Obie panie nie widziały się od dłuższego czasu, więc jesteśmy świadkami ciepłego powitania i wymiany nowinek o rodzinie, wspólnych znajomych, przeprowadzkach i zmianach pracy.

… no i w czerwcu będzie wesele – kończy kolejny wątek Gosia.
Będziesz robić bukiet? – pyta pani Ania.
Myślę o wszystkim, wystroju sali, bukiecie.
Ale kto bierze ślub, Michał? – upewnia się pani Ania.
Nie! Ja biorę! – prostuje Gosia.
Ty bierzesz ślub?!
Tak!
– Ale super!!!

Pani Ania zaskoczona informacją cieszy się szczęściem młodszej przyjaciółki. Pozwalamy naszym bohaterkom jeszcze przez kilka minut nadgonić zaległości i wracamy do przepytywania.

Gosia, będąc małą dziewczynką, często spędzała czas w kwiaciarni „cioci Ani”. Chociaż panie nie są spokrewnione, to tak się już przyjęło zwracać do sąsiadki, która chętnie opiekowała się dziećmi pod nieobecność rodziców.

Nic się tu nie zmieniło –zauważa z zachwytem Gosia – tylko ja byłam mniejsza.A pamiętasz jeszcze czasy, gdy sprzedawałam kwiaty przez okienko? Już nie? Tu były drzwi, a tu okienko – wskazuje pani Ania. – Potem to przerobiliśmy tak, jak jest teraz.

Rodzice Gosi byli sąsiadami pani Ani. Z czasem okazało się, że mają wspólnych znajomych i w ten sposób narodziła się bliższa znajomość. Gosia nieraz spacerując z dziadkiem, wstępowała do kwiaciarni.

Dziadek pomógł mi rozwinąć miłość do kwiatów. Zawsze pielęgnował swoje róże, a ja uwielbiałam spędzać z nim czas w ogródku, przesadzać kwiatki – wspomina Gosia. – Moja mama przyprowadzała mnie tutaj – mówiąc, zatacza palcem kółeczko, jakby próbując w tym ruchu zamknąć całą kwiaciarnię. – Albo wpadałam po szkole sama. Wiązałam kokardki, układałam bukieciki. Jak mama po mnie przychodziła, to często wcale nie miałam ochoty stąd wychodzić. 

Pamiętasz jak to się wtedy robiło? – pyta pani Ania i zachęca. – To zrób tak, jak cię uczyłam. Gosia myśli przez chwilę, po czym wracają dawne odruchy. – Tak – mruczy do siebie – teraz tak i drugi ogonek. Dziś już się tego tak nie robi. Obie kwiaciarki uśmiechają się porozumiewawczo.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że tu u mnie jest takie miejsce, że ja jestem „publiczna” – śmieje się pani Ania. – I dzieci tu mam pod opieką, jeśli ktoś zadzwoni z pracy, prosząc, żeby dziecko z przedszkola odebrać. Albo jeśli ktoś musi gdzieś pojechać, to też tu zostawi. A to przesyłkę odbiorę, klucze przechowam. Choć dzieci już nie zostawiają – zamyśla się nasza bohaterka – pokolenie się zmieniło i teraz mieszkają tu już głównie dziadkowie. Zawsze byłam taką ciocią Anią. Dzieci mi mówiły, jak urosnę to przyjdę tu i będę pracować.No i nie przyszłam. – Gosia oblała się pąsem. – Ale kto wie?

Niedawno skończyła studia z Ochrony Dóbr Kultury, a po nich zapisała się na roczny kurs florystyczny. – Pomyślałam, że po studiach czas zrobić coś dla siebie. Coś, co od dawna we mnie siedziało – tłumaczy nam. – Trafiłam do szkoły, gdzie pracuje się na żywych roślinach, co niestety wcale nie jest regułą. Oprócz zajęć praktycznych mieliśmy dużo wykładów o gatunkach kwiatów, materiałoznawstwie we florystyce. Bardzo dokładnie sprawdzano nam coś, co profesjonalnie nazywa się „czystością związania”.

Świat i realia zmieniły się przez te wszystkie lata. – Za moich czasów nikt nie słyszał o czymś takim jak florystyka – wspomina pani Ania. – Byłam po prostu kwiaciarką. Mój pierwszy wieniec zrobiłam na pogrzeb w rodzinie, bratowa mi pomogła. Rozwijałyśmy zamknięte pąki goździków, a potem i tak nie do końca przypominało to wieniec. Jednak z czasem człowiek powoli nabywa doświadczenia i wszystkiego się uczy. Kiedyś lepiej handlowało się kwiatami – znowu rozmarza się pani Ania. – Na przykład 8 marca to było prawdziwe święto i w ten dzień można było naprawdę bardzo dużo zarobić. – Nie to co dzisiaj – uzupełnia Gosia. – Kiedy na walentynki kupuje się bukiecik za kilka złotych w Lidlu.

Gosia, gdy pytamy o dalsze plany związane z kwiaciarstwem, nieco się zasępia. To wcale nie jest takie proste. Można pracować gdzieś po znajomości, ale często lepiej założyć własną kwiaciarnię. Jednak pasja zaszczepiona w dzieciństwie ma się całkiem dobrze. Póki co Gosia pracuje w innym miejscu i zastanawia się, jak odłożyć pieniądze na coś własnego. Od czasu do czasu składa wiązanki, plecie świąteczne wianuszki dla przyjaciół i rodziny, stara się samodzielnie zgłębić tajniki niełatwej sztuki wyceny zleceń.

Zrobiłabym prywatnie zlecenia – tłumaczy – ale byłby problem na przykład z dostaniem kwiatów. – Poza tym – dodaje pani Ania – mając kwiaciarnię, można wziąć więcej materiału i nie przejmować się nadwyżkami, później wykorzystuje się je w regularnej sprzedaży. Prywatnie, trzeba by się było liczyć ze stratami.

Żegnamy się z Gosią, kiedy wskakuje na rower i wraca do swoich zajęć. Ma jeszcze dużo planów na ten dzień, ale obiecuje wstąpić do kwiaciarni, aby naradzić się z panią Anią w sprawie kwiatów na własny ślub.

Kiedy zaczynałam miałam trzy rodzaje kwiatów. Goździki, gerbery… i co jeszcze? – zamyśla się pani Ania. – Dziś trzeba mieć pełno kwiatów, ogromny wybór tak, aby oczarować klienta i mieć to, po co przyszedł. Są wyższe szkoły florystyczne. Kiedyś wystarczyło mieć marzenie i po prostu stworzyć coś.

Mamy nadzieję, że i Gosi uda się stworzyć coś niepowtarzalnego. Szkoda byłoby tej miłości do kwiatów wyniesionej z dzieciństwa, z rodziny, z miejsc pełnych ciepła takich jak kwiaciarnia pani Ani.