Trzy talerzyki

mosty_reportaz01_01Pani Maria Kieleczawa układa na stole trzy talerzyki i dotyka ich po kolei palcami. – To był jeden lud, jedna ojczyzna – mówi – Łemkowie pochodzenia polskiego, słowackiego i ukraińskiego. To byli bracia i co władza z nimi zrobiła? Teraz kiedy spotykamy się, każdy z nas czuje się Łemkiem, ale na tych z Ukrainy mówimy Ukraińcy, a oni na nas Polacy.

W 1947 roku przyszło wojsko a z nim rozkaz. – Dali nam dwie godziny na pakowanie dobytku i wyprowadzenie się. – wspomina pani Eugienia – Co w tym czasie, w tym szoku można spakować? Na wóz? Lipiec, na polach zboże za chwilę do zebrania. Cerkiew była na końcu wsi, dzwony biły, ludzie na głos modlili się. Tak przeprowadzana była Akcja “Wisła”, którą do dziś trudno jednoznacznie ocenić historykom. Pani Eugienia miała 15 lat.

Na Dolnym Śląsku byli już nowi mieszkańcy, ci zza Buga jak i z Centralnej Polski, trzeba było zadowolić się poniemieckimi domami w gorszym stanie, bez drzwi i okien, bez podłóg, ale najważniejsze było coś innego. – My szukaliśmy dobrej ziemi. – mówi Pani Eugienia – Ci ze Lwowa ciągnęli do dużych miast, my potrzebowaliśmy wsi, takiej prawdziwej jak z naszych stron.

Na początku był lęk i niepewność podniecane szeptanymi ostrzeżeniami, nocą trzymano warty, a człowiek spał z siekierą, ale wkrótce okazało się, że nie ma się czego bać. Pani Eugienia śmiejąc się mówi, że to młodzi pokonali pierwszą barierę. – Łemkowie lubią i potrafią śpiewać, a i pierwsi byli do gry w piłkę, a sąsiedzi na nas zaglądali i dziwili się. To wy takie ludzie spokojne – mówili – a myśmy słyszeli, że bandyci.

Pani Maria urodziła się już w Przemkowie, jej mąż w Wołowie na Dolnym Śląsku, od 1982 roku mieszkają we Wrocławiu, mówią o sobie z uśmiechem, że są napływowi, i tylko córki miejscowe. – Jesteśmy czystej krwii łemkowskiej – mówi pani Maria. – Długo uraz był do Polaków. Ojciec w domu mówił: Za Polaka wyjdziesz nic nie dostaniesz, za swojego wyjdziesz, wszystko dostaniesz. To były inne czasy. Swoim córkom daję wolną rękę. Dziś w rodzinie mamy wielu Polaków.

– U nas wszystko robiliśmy sami – wspomina pani Eugienia. – Ciocia wyszywała, dawała do ręki nić i kazała pomagać. Co to znaczy że nie umiesz – pytała? – I wpadało się w to. Pierwszą nitkę ciocia dała sama, kolejne dwie już jej się zabrało cichaczem.

– Wiedzę przekazywała zawsze babcia wnuczce, bo miała więcej czasu niż matka – tłumaczy pani Maria. – W ten sposób nasza tradycja i kultura nie szła w zapomnienie. Ja troszeczkę to przyspieszyłam i oprócz babci sama ucze swoje córki.

Pani Maria sama zauważa, że miała szczęście do ludzi, którzy popchnęli ją ku propagowaniu łemkowskiej tradycji. To dzięki nim na Akademii Ekonomicznej napisała i obroniła pracę magisterską o pisance, dzięki nim miała swoje pierwsze wystawy najpierw w kraju, a potem za granicą. Dziś jest już znakomicie rozpoznawalną rękodzielniczką wykonującą pisanki metodą batikową ze wzorami łemkowskimi i huculskimi. – To już 18 lat jestem “na rynku”. Stawiam po sobie pomnik – śmieje się pani Maria. – Chciałabym, żeby dla Wrocławia, tej stolicy różnych kultur, pozostała po mnie pisanka Huculska.

U Pani jest jak w muzeum – mówią czasem goście pani Marii. Trudno się nie zgodzić, kiedy w gościnnym pokoju stajemy przed ścianą wypełnioną pamiątkowymi zdjęciami, dyplomami i listami dziękującymi za sprezentowaną pisankę. Jest tu nawet list od prezydenckiej pary, Bronisława i Anny Komorowskich. Zaraz obok witrynka wypełniona małymi dziełami sztuki.

Nie chowamy niczego do szuflady, sztuka jest po to, żeby z nią obcować, jest po to aby zostawić coś dla potomnych – tłumaczy pani Maria. – W Polsce dobrze jest być dziś kimś trochę innym. Zawszę mówię, że jestem Łemkinią , nigdy nie kryłam też jakie mam wyznanie. Może nie jesteśmy maskotkami, ale mamy obecnie dużo życzliwości.

Nie zawsze tak było i przez długi czas własną tradycję kultywowało się tylko w domu, jak to mówi pani Maria, wszystko to trzeba było nieco chować pod stołem, ale teraz jest bum na użytkową sztukę etniczną, na wyszywane koszule, soroczki, trdycyjne wzory i zdobienia, biżuterię, na wianki z bibuły…

Wianki to pomysł Oli. Podczas przedłużającego się chorobowego postanowiła, że skoro już musi siedzieć w domu, przyszedł czas na mocniejszy niż dotychczas rozwój artystyczny bo w tej rodzinie, nie można przecież nie zajmować się rzemiosłem. Z takiej konkluzji powstały pierwsze wianki z papierowych kwiatów. Znajdowały swoje miejsce na świątecznych stołach, drzwiach, w uchwytach świec, wkrótce znalazły się w domach wielu znajomych, a później wieść o nich poszła dalej w świat.

Wkrótce pojawiły się pytania o większe rozmiary, wianki na głowę, do komunii, do sesji zdjęciowej, a nawet pytania o ślubną wiązankę. Wielką frajdą, jak mówi Ola, było przygotowywanie wianków dla członkiń fanklubu Florence and the Machine, na koncert zespołu, a jeszcze większą telefonu znajomych, którzy podczas niedawnych Mistrzostw Świata w piłce siatkowej mężczyzn, mówili, że widzieli jej biało-czerwone wianki na głowach kibiców.

Dziś minął już rok od kiedy wianki poszły w świat i mają się coraz lepiej. Klienci zaskakują Kieleczawów coraz to fantazyjnymi zamówieniami. Czasem pojawia się gość, a to gdzieś z kraju, który dopiero co odkrył artystycznie uzdolnioną rodzinę, a to ze Stanów Zjednoczonych, bo chciałby podpatrzeć jak najwięcej z pisankarskiego kunsztu pani Marii. Ola zaś rozsyła Internetem oferty, odbiera e-maile, prowadzi blogi i fanpage. Pani Maria śmieje się i mówi, że zawsze opowiada ludziom, że e-maile do niej czyta jej mąż, a odpowiada jej córka.

To już pięć pokoleń, – mówi pani Maria – przeżyliśmy. Każdego roku jesteśmy na Watrze, na Święcie Kultury Łemkowskiej w żdyni. My jesteśmy napływowi, ale nasze córki są już tutejsze. Są wrocławiankami.