Przychodzi się, żeby żyć

mosty_reportaz04_01Piaskowa Góra to dzielnica Wałbrzycha leżąca w jego północnej części. Tak jak reszta miasta położona jest na wzgórzach, więc nazwa została nadana nie bez kozery. Razem z Tomkiem idziemy to wznoszącymi się, to opadającymi uliczkami i rozmawiamy o zajęciach z poezji, które prowadzi w ramach Uniwersytetu Trzeciego Wieku w każdą środę.

Na co dzień Tomek jest nauczycielem języka polskiego w dwóch wałbrzyskich liceach oraz opiekunem grupy filmowej. Nie przyzna się oczywiście do tego, jednak już pobieżna znajomość pozwala mi łatwo stwierdzić, że należy do belfrów bardzo lubianych przez swoich uczniów.

Propozycję poprowadzenia zajęć z poezji na Uniwersytecie Trzeciego Wieku otrzymał za pośrednictwem żony, prowadzącej tam zajęcia związane z psychologią. – Chyba nie miałem żadnych konkretnych oczekiwań przed pierwszymi zajęciami – mówi Tomek – raczej sporo strachu. Zawsze pracowałem z ludźmi młodszymi od siebie, tutaj miało być odwrotnie. Obawiałem się, czy będę potrafił swoimi wykładami zaciekawić.

– To nie są zajęcia takie jak w szkole, raczej miłe spotkania – opowiada Tomek. – Słuchacze to ludzie wysokiej kultury, oczytani, mający doświadczenie życiowe. Młodych w szkole często prowadzę przez materiał, bardziej z pozycji autorytetu, z ludźmi ze SUTWu jest inaczej, są szczerzy, mówią wprost. Tworzą wspaniałą atmosferę.

W końcu widzimy cel naszej podróży – niewysoki budynek Zespołu Szkół Społecznych nr 1 w Wałbrzychu. Tutaj obok społecznego gimnazjum i liceum, Wałbrzyskie Towarzystwo Oświatowe prowadzi Sudecki Uniwersytet Trzeciego Wieku (SUTW). Mimo późnopopołudniowej godziny w środku jest jasno i gwarno, właśnie skończyły się poprzednie zajęcia i seniorzy czekają na rozpoczęcie kolejnych. Przechodzimy przez główny hol witani przez pełne energii, uśmiechnięte twarze. Ktoś proponuje nam, abyśmy poczęstowali się jabłkiem. W końcu wchodzimy do sali numer 5, a zaraz za nami uczestnicy zajęć.

Pięć kobiet i jeden mężczyzna. Tomek, mimo obecności tego ostatniego, opowiadając o swoich podopiecznych mówi często „moje panie”. Rzeczywiście pań na SUTWie jest zdecydowanie więcej niż panów, a już na pewno jest tak na zajęciach z poezji. – Sprawa jest taka – zwierzył mi się wcześniej Tomek – że mnie w domu wychowywano tak, żeby szanować osoby starsze od siebie i siłą rzeczy nie potrafiłem przejść z nimi „na ty”. Żona się śmiała, że jestem ostatnim wykładowcą na roku, który komunikuje się tak oficjalnie. Ostatecznie to panie wyszły z inicjatywą. Odetchnąłem z ulgą. I rzeczywiście po sztucznym dystansie nie ma śladu, wszyscy witają się jak dobrzy przyjaciele.

Teraz czas na nas, przez chwilę na wstępie mówimy o naszym projekcie i wyjaśniamy, dlaczego przyjechaliśmy do Wałbrzycha na zajęcia uniwersytetu. Niemal natychmiast czujemy się jak u siebie, z sali pada żart, że normalnie na zajęciach z poezji jest więcej osób, ale niektórzy kiedy dowiedzieli się o sesji zdjęciowej postanowili zrobić sobie wagary. Śmiejemy się wszyscy.

Co zachęca do tego, aby przychodzić na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku? – pytamy. – My wyobrażamy już sobie siebie na emeryturze, święty spokój… I wieczne odpoczywanie? – zaczepnie przerywa nam pani Ala – Przychodzi się żeby żyć, żeby być i spotykać się z ludźmi. Żeby się rozwijać. Mamy fantastyczną zabawę przy muzyce, zajęcia językowe, kinezjologię.Dla bardziej aktywnych jest brydż – żartuje pani Krysia, wzbudzając ogólną wesołość. – Trzeba zobaczyć jak emeryci szaleją na tańcach sobotnich i niedzielnych, nawet młodzi nie potrafią się tak bawić – dodaje pani Marysia.

Uczymy się sześciu języków: niemieckiego, hiszpańskiego, francuskiego, angielskiego, czeskiego, rosyjskiego – wymieniają jedna przez drugą panie. – A na przerwie łacina – wbija się z żartem pan Rysiek. Śmiejemy się razem z Tomkiem, ale panie żywo zaprzeczają. Przez chwilę dyskutujemy o wulgaryzmach, ich natężeniu we współczesnym języku oraz roli jaką pełnią.

Pan Rysiek podsuwa nam wydruk komputerowy z planem zajęć uniwersytetu. Na zielono zaznaczone ma przedmioty, na które uczęszcza. W każdy wtorek, środę, czwartek i sobotę po kilka godzin różnych zajęć! Zanim udało się nam przeczytać całość, dyskusja o wulgaryzmach nieco przygasła – wracamy do głównego tematu. Dowiadujemy się na przykład, że bardzo przydają się zajęcia z obróbki fotografii. – Jeździmy tutaj od 12 lat na wycieczki – tłumaczy pani Krysia – i przez ten czas zwiedziliśmy więcej niż w naszym całym sześćdziesięcioletnim życiu. Robimy na tych wyjazdach dużo zdjęć.Taką mamy turystykę rozwiniętą – dodaje pani Marysia.

Ciekawi jesteśmy, jak liczna jest grupa studentów uniwersytetu. Panie konsultują się krótko i rzucają liczbą około 130 osób i to rokrocznie. Mamy szczęście, bo trafiliśmy na zajęcia, na które uczęszczają osoby będące ze SUTWem od samego początku, czyli od 2003 roku. – Z tych osób, co wtedy było na początku 120, zostało dziś może 10–15 – uświadamia nam skalę rotacji pani Jasia.

Pytamy jeszcze o to, jak sprawdza się takie odwrócenie ról, że osoba młodsza od studentów pełni rolę wykładowcy. – Mamy bardzo dobre relacje z naszym panem od polskiego. Został zaakceptowany – mówią jedna przez drugą panie, wzbudzając sporą wesołość w grupie. – Ile razy się zapowietrzy, jak chce nam coś powiedzieć i nie może się wysłowić, to my mu zawsze podpowiemy – łaskawie dodaje pani Jasia. Teraz wszyscy śmieją się już w głos.

Tomek, udając zażenowanie, ucina naszą pogawędkę, czas przejść do zajęć i tak już niemało czasu upłynęło na szkolnym zegarze. Usuwamy się w cień i z ciekawością obserwujemy wykład. Dziś nie jest on zwyczajny, grupa przygotowuje się do występu podczas zimowej akademii. Oczywiście zaplanowano recytowanie poezji i teraz trzeba w grupie wspólnie wybrać teksty. Każdy ze studentów przyniósł swoje propozycje, plik kartek rozdał również wykładowca. Zaczyna się pierwsze czytanie przerywane krótkimi wymianami opinii i uwagami prowadzącego.

Kiedy pani Marysia zaczyna czytać tekst Agnieszki Osieckiej „Kolęda we dwoje”, gdzieś za ścianą odzywa się stłumiony śpiew przy akompaniamencie pianina. To swoją próbę zaczął chór uniwersytetu, nie przeszkadza to jednak grupie poetyckiej. Pani Ala czyta „Noc zimową” Leopolda Staffa. – Wśród granatowej nieb wnęki – zastanawia się nad zapisem jednego z wersów? – Tak – podpowiada Tomek – to wersyfikacja charakterystyczna dla Staffa.

Rozglądamy się po sali lekcyjnej, oglądamy pomoce naukowe do języka polskiego, w tym czasie pani Krysia czyta wiersz Bogdana Czaykowskiego „Kiedy pada śnieg”, a następnie pani Jasia „Wigilię” księdza Jana Twardowskiego. – Mowa o komercjalizacji i powrocie mody na święta – wtrąca Tomek. – Twardowski potrafił bardzo lekko, a jednocześnie celnie pisać o tych sprawach.

W końcu czas na propozycje Tomka. Zaczyna się od „Jadalni” Czesława Miłosza z motywem obrazu z lodowiskiem Petera Bruegela, w drugiej kolejności „Pieśń 14” Jana Kochanowskiego. – Kochanowski zawarł w tym wierszu dwa główne motywy literackie renesansu – podpowiada Tomek – radość z życia póki ono trwa i wiedzę, że nikt nie jest nam w stanie zagwarantować tego co będzie. Kochanowski potrafił być też bardzo frywolny i w bardzo dojrzałym wieku we fraszce „Do dziewki” porównywał mężczyznę do czosnku…Bo śmierdzi? – błyskawicznie ripostuje pani Jasia. Po raz kolejny salwy śmiechu. – Nie – tłumaczy Tomek – pisał do młodej dziewki „choć broda u mnie siwa, jeszczem niezganiony, czosnek ma głowę białą, a ogon zielony”.

Wesołości nie ma końca, czytane są kolejne wiersze: „Zima z wypisów szkolnych” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, „Nawet teraz” Tomasza Różyckiego – wiersz bez rymów męskich, jak podkreśla Tomek. „Mróz” Juliana Tuwima wzbudza wielką radość, bo okazuje się, że część pań uczyła się go w szkole jeszcze ze słynnego elementarza Mariana Falskiego. Tomek pokrótce nakreśla sylwetkę Johna Keatsa, jednego z poetów jezior, nim odczytany zostaje jego wiersz, potem jeszcze tylko „Ranek zimowy” Aleksandra Puszkina i grupa przechodzi do wyboru i rezerwowania wierszy. Wszystko sprawnie, szybko, bezkonfliktowo. – 12 lat na uniwersytecie do czegoś zobowiązuje – dumnie wyjaśnia pani Krysia.

Koniec zajęć. Szybkie pakowanie się i część grupy wychodzi. – Teraz mam gimnastykę i muszę się jeszcze przygotować – mówi na pożegnanie pan Rysiek. W sali zostaje jednak jeszcze kilka pań. Pani Ala wyciąga księgę pamiątkową, którą prowadzi. W środku mnóstwo zdjęć, wydruków, rysunków upamiętniających wycieczki, występy, działalność wolontariacką. Bo SUTW to nie jedyne miejsce, w którym udzielają się studenci. Pani Ala właśnie domyka zabawę w domu seniora na Rusinowej, wcześniej organizowała z dziećmi dzień niepełnosprawnych.

Oglądam z zaciekawieniem zdjęcia z Wilna, z czeskich gór, w którymś momencie natrafiam na fotografie z cmentarzy zajmujące dwie strony księgi. – To są zdjęcia z ostatniego święta zmarłych – tłumaczy Pani Ala. – Poszliśmy odwiedzić naszych kolegów z uniwersytetu, którzy już od nas odeszli. Z każdym rokiem jest ich coraz więcej.

Wychodzimy ze szkoły i wspinamy się powoli uliczką do miejsca, gdzie zaparkowaliśmy samochód. – Środa to jest dla mnie specyficzny dzień – zwierza się Tomek. – Wstaję bardzo wcześnie i mam w perspektywie cały dzień poza domem. Najpierw lekcje w obu moich liceach, potem przychodzę tutaj, na uniwersytet, a prosto z niego idę na trening. O ile trening przynosi zmęczenie fizyczne i wpływa zbawiennie na moje ciało, to spokój ducha zapewniają mi zawsze „moje panie”. Potrafią mnie uspokoić, wyciszyć, poprawić humor. Wychodząc z zajęć na STUWie mam wrażenie, że to ja sam sporo się tam uczę.