Poświęcić koniom życie

platan-4165

– Bolek, jesteś generałem! Jesteś genialny! – Mężczyzna potrząsa dłonią pana Bolesława nieco skrępowanego tymi gwałtownymi gratulacjami. Przed chwilą obserwowali, każdy ze swego miejsca na trybunach Wrocławskiego Toru Wyścigowego, zawody w skokach, w których udekorowano bliską mężczyźnie dziewczynkę, a jednocześnie zawodniczkę Ludowego Klubu Jeździeckiego „Platan” z Wrocławia. Klubu, którego założycielem, trenerem i duszą jest pan Bolesław.

Pan Bolesław usprawiedliwia się formalnościami związanymi ze startami w imprezie kolejnych wychowanek „Platana”, uwalnia się od dalszych gratulacji i szybkim krokiem zmierza ku organizatorom. Tymczasem w poczekalni dla zawodników, znajdującej się tuż za halą, w której odbywają się zawody, Tomek, syn pana Bolesława, przeprowadza ostatnie rozmowy motywujące ze swoimi podopiecznymi. Dziewczyny siedzą już w siodłach i czekają na ich kolej wjazdu na parkur. Obaj mężczyźni spędzą większość dnia na tym obiekcie sportowym, bo ich zawodnicy startują w praktycznie wszystkich kategoriach.

Zostałem niemal przypadkowo wybrany na prezesa Klubu Jeździeckiego Akademii Rolniczej, który mieścił się w Pawłowicach. Miałem blisko dom i okazało się, że potrzebują kogoś na to stanowisko – wspomina pan Bolesław. – Chodziłem tam codziennie i zabierałem ze sobą dzieci. Ola miała 7 lat a Tomek 3. Efekt był taki, że po roku oboje już ze mną galopowali. Oli przeszło, ale Tomek został do dzisiaj. Miał do tego dryg i cierpliwość, a to rzadka cecha u chłopców, bo jeździectwo jest często dla nich za nudne. Jeździł coraz lepiej. Był w kadrze narodowej juniorów i okazało się, że już mi się nie opłaca, żeby u kogoś jeździł, już taniej było mi trzymać swoje konie.

Przez pierwszych pięć lat pan Bolesław prowadził stajnię na spółkę ze swoim znajomym. Zdecydował jednak, że spróbuje szczęścia sam i rozpoczął budowę stajni we wsi Ramiszów, oddalonej tylko kilka kilometrów od centrum Wrocławia, nieopodal Lasu Zakrzowskiego. Poza stajnią Ludowy Klub Jeździecki „Platan” to dziś: przestronna ujeżdżalnia i 6 ha terenu przeznaczonego dla zawodników do jazdy konnej.

Pierwszym koniem był Poncz – mówi nam pan Bolesław. – Koń, którego Tomek dostał od wujka. To był konik rekreacyjny, wcześniej jeździły na nim dzieci, ale Tomek się do niego „przypiął” i po roku jeździł na nim Mistrzostwa Polski. Dało się! Ten koń zdechł w zeszłym roku. Mógł sobie staruszek pożyć jeszcze trochę, ale nieszczęśliwy wypadek to zmienił. Został kopnięty przez innego konia na pastwisku. Drugi był Platan, od którego klub wziął swoją nazwę. To był kapitalny koń sportowy i pierwsze sukcesy Tomek osiągał właśnie na nim. Potem kupiliśmy Urakę. Dziś ma już 15 lat i skończyła karierę. Teraz rodzi dzieci, właśnie będzie się źrebić. Kupić konia nie kupimy – przyznaje pan Bolesław. – Tyle mamy, co sobie sami wyhodujemy. Bez dobrego konia, to można sobie najwyżej zawody okręgowe we Wrocławiu pojeździć.

Stoimy przy padoku, na którym odbywa się lekcja skoków. Młoda dziewczyna w siodle raz za razem najeżdża na przeszkodę. Obok czujny pan Bolesław poprawia, zmienia układ przeszkody, instruuje zawodniczkę. – Dziewczyny mają cierpliwość – powiedział nam wcześniej pan Bolesław – inaczej niż chłopcy. Potrafią pięć lat „rzeźbić”, żeby raz wystartować. A jeden dobry przejazd trwa 75 sekund. Jeździectwo na pewno ma najgorszy ze wszystkich sportów przelicznik ilości godzin pracy włożonej w efekt końcowy – podsumowuje. – Ręka lewa poszła za głęboko! – rzuca w stronę uczennicy.

Często miałam treningi sama, albo tak, że były nas tylko dwie dziewczyny – mówi nam Ewa, jedna z wychowanek „Platana”. – Nie było ścisłego planu, przyjeżdżało się, kiedy miało się możliwości. Wystarczyło dzień wcześniej zadzwonić i przypomnieć, że następnego dnia się będzie. Pan Bolek zawsze wychodził do nas i robiliśmy pełen trening skokowy. Biegał, zmieniał cały czas ustawienie toru, rozszerzał zakres ćwiczeń, to z lewej, to z prawej strony. Bardzo fajne i ambitnie robione treningi, non stop w ruchu. To był pełnoprawny trening, nieraz indywidualny, z dużym skupieniem na konkretnym zawodniku, i to w cenie jazdy z karnetu! To ile to wychodziło? 30 zł? – Ewa sama nie dowierza swoim wyliczeniom.

Chcę uczyć, to jest moje nieszczęście. Uczę, nawet jak ktoś w danej chwili nie ma pieniędzy – uśmiecha się pan Bolesław. – Tomek się ze mnie śmieje, że jestem Matka Teresa z Kalkuty. Syn sam jest trenerem, niedawno zdał ostatnie egzaminy i posiada uprawnienia Polskiego Związku Jeździeckiego. Prowadzi tutaj kilka zawodniczek. Ze mnie się śmieje, a też pracuje za darmo. To rodzinne – kwituje. – Efektem są zawodnicy – podejmuje pan Bolesław. – To jest satysfakcja, kiedy na zawodach jestem w stanie do większości zwrócić się po imieniu, bo w ten czy inny sposób przewinęli się tutaj. Wielu zaczynało u mnie jazdę.

Pojedź mniejsze koło już teraz! – Czujne oko trenera dostrzegło błąd u zawodniczki trenującej na padoku. – Tak żebyś z łuku wjechała na te trzy drążki! Już go oprzyj na lewej wodzy i podciągaj prawo! Już, już, już! Nie jedź do końca placu!

– Jesteśmy klubem sportowym. Jesteśmy nastawieni na sport, ja trenuję od razu przyszłego olimpijczyka. Szlag mnie trafia, jak przychodzi dziecko, a ludzie uczą go jeździć rekreacyjnie. Byle jak, na długiej wodzy, na luźnych strzemionach, a ja się pytam, skąd się biorą sportowcy? Jeździec złapie złe nawyki, kupi sobie konia i powie, że chce jeździć, to co ja mu wtedy powiem? Przepraszam, uczyłem cię źle, zaczynamy od nowa? Jaki w tym sens? Tyle samo czasu spędzam na placu, ucząc źle i ucząc dobrze. – Pan Bolesław zamyśla się na chwilę. – Jeśli nawet zaczynamy od nowa, to pozostają złe nawyki. A kiedy do głosu dochodzą emocje w czasie jazdy, człowiek przestaje myśleć i włączają się przyzwyczajenia.

Żeby mnie nie kusiło na dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, u mnie każda jazda kosztuje tyle samo, nawet jeśli to trening indywidualny – zaznacza pan Bolesław. – To jest podejście systemowe. Mój syn, kiedy szykuje się do pucharu świata, też musi poczekać, bo ja mam jakieś dziecko na koniu. Ja po prostu lubię to robić. Urodziłem się, żeby być nauczycielem – wyznaje.

Przyszłam do stadniny na początku listopada – wspomina Ewa. – Po świętach już zaczęliśmy skakać! Oczywiście to były maleńkie przeszkódki, ale to typowe, że szybko dostaje się poważne zadania. Kiedy już umiesz zagalopować, no i znasz słynną jazdę w „półsiadzie” pana Bolka, zaczynasz skakać – śmieje się serdecznie.

Po studiach Ewa wróciła do swojego rodzinnego Międzyrzecza. Dwuletnia przygoda z „Platanem” ustawiła jej oczekiwania dość wysoko, dziś nie może znaleźć dla siebie miejsca w stadninach w swoich stronach. – Pan Bolek ciągle namawia mnie, żebym wracała do Wrocławia i zakładała tutaj własną działalność gospodarczą – śmieje się moja rozmówczyni. Dziś odwiedza stajnię tak często, jak to jest możliwe, przyjeżdża na święta i tradycyjne, „rodzinne” spotkania w „Platanie”.

W stajni, pomiędzy boksami koni ustawione są zastawione jedzeniem i piciem stoły. Przy nich z gitarą w rękach bryluje pan Bolesław, a w śpiewie dzielnie asystuje mu siostra. Razem zagrzewają liczne towarzystwo do zabawy. Wystarczy tylko sięgnąć po jeden z wydrukowanych specjalnie na tę okazję śpiewników i poczuć się częścią czegoś większego. Zresztą, chyba tylko my czujemy się lekko skrępowani, reszta biesiadników naprawdę jest u siebie.

Korzystamy z okazji, wypytujemy zebranych o stajnię, o metody nauczania, o wcześniejsze doświadczenia z jazdą konną. Pod nogami plączą nam się psy, niektóre miejscowe, inne przyjechały ze swoimi właścicielami. Co chwilę, któryś z koni zaczepia nas, trącając pyskiem, to znów próbując skubnąć za kaptur czy kitkę włosów. Chociaż termometr wskazuje na coś zupełnie innego, rozgrzewa nas gorąca atmosfera tego miejsca.

Biesiada ma się w najlepsze, gdy pojawiają się kolejni goście. Przyjaciele stajni, Wojciech Jarociński i Wacław Juszczyszyn z Wolnej Grupy Bukowina, witają się ze znajomymi i zasiadają do kolacji, a my wyczuwamy lekkie napięcie u zebranych. Czy nam zaśpiewają tak, jak oni tylko potrafią? Jednak już po chwili mężczyźni sięgają po przyniesione gitary i spełniają oczekiwania znajomych i przyjaciół ze stajni. A my cieszymy się możliwością uczestniczenia w prywatnym koncercie.

Kiedy w końcu żegnamy się z bywalcami stajni, jest już naprawdę późno, ale obiecujemy wrócić następnego ranka. Rano, gdy docieramy do „Platana”, nasi gospodarze są już w siodłach i jeżdżą po okolicy. Jesteśmy pod wrażeniem ich pasji, sami ledwo stoimy na nogach, a nie wiemy, jak długo trwała biesiada. Gospodarze na nasze pytanie odpowiadają tylko uśmiechem i machnięciem ręki.

Tomka zastajemy na padoku, przygotowuje się do treningu z jedną ze swoich podopiecznych. – Wszystko leży w tak zwanym wyczuciu jeździeckim – tłumaczy. – To trzeba i można wytrenować. Nie jeździmy tak, że konia cały czas ściskamy kolanami. Koń musi iść sam, a my na ułamek sekundy przykładamy rękę, łydkę, ściągamy, odpuszczamy, tak żeby dobrze zrozumiał nasze zamiary. – Tomek zna to wszystko z doświadczenia, niedługo minie 20 lat, od kiedy sam startuje w zawodach zarówno w Polsce, jak i za granicą.

Równie ważna, a czasem i ważniejsza, jest psychika – kontynuuje Tomek. – Trzeba umieć się postawić w sytuacji zawodników. Mnie pomaga w tym na pewno moje wykształcenie, jestem coachem sportowym. Trzeba zawodniczki motywować, nie podcinać im skrzydeł przed zawodami, nawet jeśli dostrzega się jakieś mniejsze błędy. W głowie jeździec musi mieć tę myśl, że wszystko pójdzie dobrze. Nawet wiedząc, że koń „zatrzymuje się na czerwonym”, mamy być przekonani, że skoczy i zrobi to dobrze.

Oprócz przygotowania ludzi na barkach trenera i opiekuna leży jeszcze obowiązek przygotowania zwierzęcia. – Koń jest jak dziecko, nie powie nam, co go boli i kiedy – tłumaczy Tomek. – Umiejętność przychodzi z doświadczeniem, naszymi wcześniejszymi próbami i błędami, uważną obserwacją i wyciąganiem wniosków. To jest szalenie ważne. Trafić z formą konia na najważniejsze zawody w roku, na Mistrzostwa Polski – podaje przykład Tomek. – To wcale nie jest łatwe. Mnie się to jeszcze w 100% nie udało. Koń potrafi być w znakomitej formie, a dzień przed zawodami okuleć.

Poza własną karierą sportową i pracą w „Platanie” Tomek jest jeszcze jeźdźcem w innej stajni, gdzie trenuje konie i startuje na nich na zawodach. – To ważne, żeby konie się pokazywały na zawodach – opowiada dalej. – Kupić konie to tylko początek i właściwie najłatwiejsza z rzeczy, na którą trzeba się przygotować.

Sam mówi, że zaczął jeździć z pasji. – Trochę nawet z mojej pasji – dorzuca, śmiejąc się pan Bolesław. – Jak będzie z tego dalej żył, to jeszcze oskarży mnie kiedyś, że to wszystko przeze mnie. – Siłą rzeczy nie robię nic innego. – zgadza się Tomek. – Kiedy człowiek stał się już na tyle rozwinięty umysłowo i emocjonalnie, żeby móc się zastanowić, czy jeździectwo i przysłowiowe „klepanie koni po zadach” na pewno są dobrą drogą życiową, to już był w tym tak głęboko, że orientował się, że niczego innego tak dobrze nie potrafi jak właśnie tego.

Wszyscy znajomi są koniarzami – wtrąca pan Bolesław. Tomek potakuje. – Jak spotykam się ze znajomymi to gadamy o koniach – zauważa. – Na to, co robimy z ojcem, trzeba poświęcić życie. To staje się sposobem bycia, codziennością. Od innych sportów można zrobić sobie przerwę, a z koniem się nie da. Nie ma świąt i wolnego, pracuje się siedem dni w tygodniu od rana do wieczora. W weekendy jeździ się na zawody, a w poniedziałek rano znów do pracy. Nie wszyscy, którzy chcą robić to co my, zdają sobie z tego sprawę. Ale mają długi czas przed sobą by się o tym przekonać – uśmiecha się Tomek.

Lewa ręka poszła za głęboko! – poprawia ćwiczącą zawodniczkę pan Bolesław. Dochodzi do nas, że chyba już za długo zajmujemy czas obu trenerom, dlatego wycofujemy się powoli, pozwalając na dokończenie treningu. Przy furtce żegnamy się jeszcze z Ewą, która wkrótce wraca do Międzyrzecza. Żałujemy, że mieszka tak daleko od tego miejsca. – Zawsze chciałam nauczyć się skakać – mówi. – Tu miałam okazję. Taki trener! – Ewie wyraźnie trudno się z tym pogodzić. – Fajny, otwarty człowiek, i bezpośredni. Jasne, nie wszystkim to musi odpowiadać – chichocze, kończąc myśl: – ale mnie jak najbardziej!