O czymś, czego się nie da odzyskać

mosty_reportaz03_01

W Przejściu Żelaźniczym przy wrocławskim rynku przycupnął niewielki zakład zegarmistrzowski. Zza czarno-złotych krat dumnie prezentuje się szyld: „Naprawa zabytkowych zegarów. Janusz Laudański. Rok założenia 1979”. To cel naszej wizyty. Choć na szyldzie widnieje tylko jedno nazwisko, w środku wita nas dwóch panów, bo do pana Janusza dołączył w zakładzie jego syn, Michał.

Jesteśmy zauroczeni ciszą tego miejsca, przytulnością, ale chyba przede wszystkim jego magiczną atmosferą. To jak wejście do krainy czarów, gdzie z każdego kąta wyziera coś nieznanego. Poważne cyferblaty starych zegarów lustrują nas z góry na dół i tylko czasem wymieniają między sobą uwagi dystyngowanym dźwiękiem dzwonu lub nagłym stukotem sprężyny.

Kiedy pan Janusz wystąpił do wydziału lokalowego o przyznanie mu miejsca na założenie warsztatu zegarmistrzowskiego, jego znajomi podśmiewali się, że jest naiwny. Był rok 1979, a w miejscu dzisiejszych sukiennic stała tylko część współczesnej zabudowy. O lokal było bardzo ciężko. Miła pani w urzędzie wzięła jednak kontakt do naszego rozmówcy i obiecała odezwać się jeśli coś się pojawi. Jak to zwykle bywa, wiadomość przyszła podczas urlopu nad morzem i trzeba było szybko wracać. Ale opłacało się!

W miejscu starego garażu powstać miał zakład optyczny, ale plany poprzedniego najemcy się zmieniły, więc lokal był do wzięcia. – Ja mam zdjęcie jak to miejsce wtedy wyglądało – mówi pan Janusz i wyjmuje obrazek, na którym widać rząd kamienic oświetlonych ciepłym światłem popołudnia i fundamenty zrujnowanej części dawnej zabudowy. – Wtedy musiałem wieszać w oknie zasłonę, bo w letnie dni robiło się w zakładzie nieznośnie ciepło. Dziś słońce nie ma szans dotrzeć tak głęboko w zrekonstruowaną wąską uliczkę.

To już 35 lat… – zaczynam. – Już nie bądźmy tacy dokładni – ze śmiechem przerywa mi pan Janusz. Jak to się wszystko zaczęło? – pytam. – Kiedyś zbierałem starocie, między innymi zegary – wspomina mój rozmówca – a choć wielu było wtedy zegarmistrzów, to nikt nie chciał tego naprawiać. A że ja jestem taki dłubacz, lubię precyzyjną pracę i trochę interesowałem się amatorsko mechaniką, nakupiłem podręczników jakich można było wtedy dostać i sam metodą prób i błędów zacząłem naprawiać te zegary. Potem napisałem podanie do izby rzemieślniczej o dopuszczenie mnie do egzaminu czeladniczego, żeby zwiększyć swoje szanse, napisałem że tylko w zakresie starych zegarów. Zrobiłem papiery i już mogłem otworzyć zakład. To było o tyle sprytne, że w komisji nie było wielu chętnych do zadawania pytań z tej dziedziny. Egzamin polegał na praktycznej robocie, którą mi zlecili.

A co naprawiałeś ojciec? – pyta znad swojej pracy Michał. – Na pewno zegar, któregoś z członków komisji – odpowiada pan Janusz i obaj śmieją się z żartu. – Potem – kontynuuje przerwaną opowieść – po trzech latach, zrobiłem dyplom mistrzowski. Nie wiem jak odbierali moje pojawienie się inni zegarmistrze, bo nie ucząc się u żadnego z nich, nie miałem też znajomości towarzyskich w tym środowisku. Z czasem jednak klienci coraz częściej mówili, że tamci przesyłają ich do mnie, bo sami nie zajmowali się starociami, a i ja nie wchodziłem w zakres ich prac.

Dla mnie to było jak rozwiązywanie zagadek i przez to było bardzo pociągające – podejmuje pan Janusz – człowiek siedział, rozgryzał problem, dużo czasu poświęcał. Nowe zegarki naprawiało się wyciągając gotową część z szuflady, czyszcząc mechanizm. Moja praca polegała często na tym, że trzeba było rekonstruować zużyte części, a nieraz w ogóle dowiedzieć się wcześniej jak wyglądała taka, której brakowało. Wymyślić jak działała w mechanizmie. Dawniej każdy konstruował mechanizm zegara po swojemu. W ogólnym efekcie pokazywały ten sam czas i biły te same godziny, ale były bardzo różne, a podręczników w Polsce nie było, trzeba było znać języki obce. Wyszedł jeden, Podwapińskiego w latach pięćdziesiątych, to kupowało się go powoli, w tomach.

A podobno Podwapińskiemu to proboszcz kazał napisać o zegarach książkę – rzuca znad swojej pracy Michał. – I dobrze, bo by i tego nie było. – kwituje pan Janusz.

We Wrocławiu otworzono cech rzemieślników, zrzeszający ludzi zajmujących się rzemiosłem artystycznym. To tu pan Janusz, załatwił Michałowi pracę na wakacje w zakładzie meblowym, żeby sobie zarobił na wymarzony wyjazd. Po ojcowsku, dumnie ocenia, że wcale nieźle mu tam poszło. Michał wspomina – Ja tam trochę potyrałem, ale roboty po uszy. Znalazłem sobie jednak specjalizację, rzeczy drobne, rzeźbienia. Jest trochę miejsc we Wrocławiu, gdzie można znaleźć moje prace, na przykład przy rzeźbach balustrad secesyjnych. Kiedyś ojciec przychodzi i mówi, a może byś skrzynki (do zegarów) robił, a tu znów trudniej, bo dochodziła politura. Gdzie mogłem poprzyglądałem się, pouczyłem jak to się robi i zrobiłem sobie taką dziurę–warsztat w domu, w piwnicy. Ojciec przynosił zegary, skrzynki i zacząłem je robić. Do tej pory robię. Michał rozgląda się po ścianach warsztatu: – Tu jest parę moich dzieł.

On z drewnem miał jak ja z mechanizmami – uśmiecha się pan Janusz – Siedział, kombinował…To było okraszone i potem i łzami – podchwytuje Michał. – Na przykład taka czarna politura na połysk, prawie samobójstwo chciałem popełnić – śmieje się. – Robisz i nic, czas leci, a forsy nie ma!Ja to zawsze mówię, że syn nie odziedziczył po mnie dobrego charakteru, tylko manualne zdolności – żartuje pan Janusz. – I wystarczy! – kwituje Michał.

Ojciec i syn pracują teraz w jednym warsztacie, ale każdy z nich prowadzi działalność na własny rachunek. Urząd zgodził się na podnajęcie części powierzchni, więc każdy ma swoje biurko. Michał patrzy z szacunkiem na ojca: – On mnie uczy cały czas, gdyby jego nie było, to ja bym tu sam nic nie wykonał.Tylko, że dostajesz to wszystko już przetrawione – wtrąca pan Janusz. – Tak! Skrócone o męki, które musiałbym zaliczyć – podsumowuje Michał.

Michał zwierza nam się trochę, mówi, że powinien zacząć terminować u ojca wiele lat temu, ale czuł, że musi się wcześniej nieco wyszaleć, zobaczyć trochę świata. – Gdybym usiadł tu jako małolat i cały czas siedział, to czuję, że coś by mnie ominęło. A tak, poobijałem się trochę z chłopakami po świecie, zarabiając na planach filmowych, pracowałem jako pirotechnik, robiłem pokazy. Trochę by mi teraz tych wiz w paszporcie i zdjęć w albumach brakowało. Tu jest spokojniej. Tak jak mówi tata, siadasz i robisz, bo nierozwiązany problem nie daje ci spokoju. Myślisz o nim wieczorem, śni ci się po nocy, wstajesz i myślisz, co tu zrobić. To tak jak z tą politurą czarną, wystarczyło że zmieniłem chemię i wszystko zaczęło działać jak należy. Po prostu samemu trzeba się nauczyć, przećwiczyć.

Jak się uczy od ojca? – Ja mu tylko mówię jak powinien zrobić – dystansuje się pan Janusz. – I tak wychodzi wszystko na jego. Ja się zaprę, powiem nie! Nie ma bata! Po swojemu to robię. A potem po całym tym okręgu, co pokonam znów jestem w tym samym miejscu i okazuje się, że ojciec miał rację – uśmiecha się Michał.

Pan Janusz od dłuższego czasu głębiej zamyślony, słucha tego co mówi syn. – Każdy idzie swoją drogą – mówi w pewnym momencie. – Myśli, że czeka tam gdzieś na niego szczytny cel. Sam musi się zastanowić, jak to sobie poukładać, bo nie zawsze będzie mógł pracować po 12 czy 16 godzin na dobę. Myślę o czymś czego nie da się odzyskać. O straconym czasie.