Mała ojczyzna

mosty_reportaz02_01Zmęczona i smutna kamienica, jakich w Wałbrzychu wiele. Kiedyś musiała być piękna, dziś straszy zamurowanymi oknami. Jeszcze raz sprawdzamy adres − wszystko się zgadza, to tutaj zostaliśmy zaproszeni na 90. urodziny pana Bogumiła. Niecały tydzień wcześniej inspekcja budowlana zakwalifikowała budynek jako groźny dla mieszkańców i postanowiła wysiedlić nielicznych lokatorów w inne miejsca. To ostatnie rodzinne spotkanie w tym pamiętającym lepsze czasy budynku.

Drewnianymi schodami z niespotykaną już dziś balustradą wspinamy się na górę i chwilę później jesteśmy w pięknym, ciepłym i pełnym kolorów mieszkaniu. Witamy się z gospodarzami, a nasze nozdrza uderzają swojskie, obiecujące najlepszą polską gościnę, zapachy gotującego się niedzielnego obiadu.

Zaglądamy we wszystkie kąty mieszkania i nie możemy się nadziwić różnicy pomiędzy wnętrzem a pierwszym wrażeniem, jakie zrobił na nas cały budynek. Największy pokój został całkowicie zawładnięty przez najmłodsze pokolenie. Kuzynostwo Janek, Kajetan, Maciej i Zosia w dziecinnej fantazji zamienili go w roześmiany plac zabaw. Jesteśmy pewni, że na co dzień ten pełniący rolę salonu pokój wygląda znacznie dostojniej.

Tymczasem na stole pojawiły się już ciasto i kawa. Wszyscy dorośli siadają wkoło i możemy zadać pierwsze pytania. Chcemy dowiedzieć się czegoś o pochodzeniu solenizanta.

Przyjechałem do brata − wspomina pan Bogumił. − Jego przywieźli tu do pracy, a że listów do domu nie pisał… Zobaczyłem, że cały i zdrowy i chciałem wracać, ale mówi mi − jest dla ciebie praca, zarobisz parę złotych zanim wrócisz. Pochodzę z Lubelszczyzny, na gospodarce było ciężko, oboje rodzice zmarli jeszcze w wojnę i zajmowała się nami babcia, niezwykła kobieta. Przerobiłem w Wałbrzychu miesiąc, z Niemcem, któremu pomagałem − co kazał, to zrobiłem. Patrzę. Kurczę pieczone! Tyle pieniędzy?! Na gospodarce trzeba było przepracować pół roku i plony sprzedać, żeby tyle zarobić, a tu jeszcze jedzenie takie dobre w internacie. Ameryka! Porobię jeszcze trochę, pomyślałem.

Do pana Bogumiła szybko dołączyła żona, Halinka. Postanawiają popracować kilka lat i przeprowadzić się w jej rodzinne strony, pod Warszawę. Trafia im się w Wałbrzychu okazja, aby odkupić mieszkanie od wyjeżdżającego znajomego. W roku 1957 pojawia się dziecko, potem drugie i trzecie, coraz więcej łączy rodzinę z tym tymczasowym przystankiem na życie.

Kolejna próba przeprowadzki zostaje uniemożliwiona przez chorobę. W kopalni pan Bogumił był pod stałą opieką lekarza zakładowego, gdy powiedział mu o planach wyjazdu, ten poinformował go, że niestety musi wpisać mu do dokumentów podejrzenie pylicy, a z taką adnotacją nigdzie go do pracy nie przyjmą. Nasz bohater nie wiedział wtedy nawet, tak samo jak jego koledzy, czym jest ta choroba. − Lekarz powiedział mi − tłumaczy − żebym dotrzymał do emerytury, jeszcze 10 lat. Tutaj wszystko mam, a potem będę mógł decydować, co robić dalej. Tak też zrobiliśmy.

Gwarno i wesoło jest przy stole, opowieść solenizanta co rusz przerywają żarty i salwy śmiechu. Co chwilę ktoś podrzuca: Dziadku, a opowiedz jak babcia w zimę do porodu na plecach męża ciężarnej jechała!Pradziadek był wojskowym, o tu na zdjęciu, bardzo zasłużonym, ale zachorował, w wojnę ciężko było o lekarzy i zmarł. Kiedyś Wałbrzych to było żywe miasto, wokół zakładów powstawały osiedla, domy kultury. Szanowało się ciężką pracę.

W końcu, po 27 latach, pan Bogumił z małżonką wyjeżdżają. Po teściowej zostaje duża działka i zawczasu kupowane materiały budowlane. Stawiają wiejski dom pod Warszawą, ale − choć często bywają w Wałbrzychu − tęsknią za rodziną. Tymczasem na wakacje wysyłane są do dziadków wnuczęta, które teraz przy stole z zachwytem wspominają tamte lata. Cudowną atmosferę tworzyła babcia Halinka, dogadzająca wnukom wspaniałymi wypiekami. − Kuzynostwo się zjeżdżało, konie, krowy, wisienki, truskawki, współzawodnictwo w zbieraniu stonki… No trzeba było zarobić jakoś na lody! − wspomina Marta. Wszyscy wybuchają śmiechem.

W Wałbrzychu zostaje trójka dzieci pana Bogumiła – Danuta, Piotr i Bogusia. Pani Danuta wskazuje na męża i wylicza: − Ja zostałam na mieszkaniu rodziców z Bogdanem, brat wyprowadził się na Piaskową Górę, szwagier z siostrą na przydziałowe mieszkanie kopalniane. Tutaj urodziły się nasze dzieci, byliśmy u siebie. My to jesteśmy rodowitymi wałbrzyszanami, a mąż, tak jak ojciec jest górnikiem.

Córki pani Danuty i pana Bogdana, kiedy przyszedł ich czas, poszły dalej w świat. Marta na spotkaniu forum internetowego krasnale.pl we Wrocławiu poznała swojego przyszłego męża i przeprowadziła się bliżej niego. Basia zaczepiła swojego przyszłego męża na gadu-gadu i wyjechała do Warszawy. Aleksandra właśnie zaczyna studia prawnicze w Opolu. Wrocław nie przypadł jej do gustu, Opole jest znacznie mniejsze i spokojniejsze, a dojazd do Wałbrzycha ma wystarczająco dobry.

I tylko Aga została z mężem w Wałbrzychu. Mówi, że czasem trafia się okazja pracy gdzieś indziej i już są myślami w połowie drogi, kiedy przychodzi refleksja, że tu są u siebie, jest znajomo, bezpiecznie i póki co nigdzie nie wyjeżdżają. − Kiedyś ciężko było utożsamiać się z takim brzydkim miejscem − wspomina Aga. − Cały czas sadza na oknach, ubranie białych podkolanówek i wyjście na trawnik kończyło się tym, że wracało się w ciapki. Pani w szkole kazała nam szkicować krajobraz z koksowniami, a mnie wydawało się to ohydne! A teraz to wszystko znika i pojawia się jakaś nostalgia. Dobrze, że choć szyby kopalniane zostają.

Kiedy Marta była w ciąży z Kajetanem, postanowiła wraz z mężem, że rodzić będzie nie we Wrocławiu, ale w Wałbrzychu. Czuła się pewniej mając w takiej chwili przy sobie matkę i siostry. Dawid do dziś przy każdej okazji wspomina, jak zimą po skończonej pracy jeździł z Wrocławia do Wałbrzycha. Aga uważa, że dzięki temu więź między jej synami a synem Marty jest zupełnie unikatowa, bo poznali go już jako takiego maleńkiego, przywiezionego ze szpitala bobasa. Zupełnie jakby byli rodzeństwem, a nie kuzynami.

Pan Bogumił po śmierci żony wrócił do Wałbrzycha i układał tu sobie życie na nowo, choć nie było łatwo, jak sam twierdzi. Nie dość, że przeprowadzka ze spokojnej wsi do miasta to zmiana stylu życia, to jeszcze Wałbrzych zmienił się przez te lata, stał się głośniejszy, szybszy i niestety uboższy, bo wielkie przedsiębiorstwa, które utrzymywały miasto właśnie padały.

Pytamy zaczepnie, skąd więc jesteście? Pan Bogumił odpowiada natychmiast − Lubelszczyzna. Marta za swoją małą ojczyznę uważa dziś Wrocław. Za to Basia, która złego słowa nie da powiedzieć o mieście rodzinnym, wskazuje Wałbrzych, mimo że życie rzuciło ją aż do Warszawy. Maciej, jej mąż, opowiada, że kiedy tylko jechali do rodziców Basi, tej już za Wrocławiem na ustach pojawiał się uśmiech i niecierpliwie czekała aż dotrą na miejsce. Wszyscy natychmiast podchwytują tę myśl. Jadąc skądkolwiek, czekało się na widok gór i domów wyrastających na ich zboczach. Nawet zapach z koksowni dawał znać, że jest się u siebie.

Pani Danuta patrzy na swoje wnuczęta i nagle mówi. − Jak to się wszystko zmienia. Dla mojego taty nowością był telewizor, my musieliśmy się oswoić z komputerem, a Zosia ma do zabawy starego smartfona.

Po spacerze, obiedzie i obowiązkowym torcie żegnamy się z całą rodziną i życzymy solenizantowi wielu kolejnych lat w zdrowiu. Jeszcze w drodze rozmawiamy na temat tego, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy. Dochodzimy do wniosku, że chyba dla naszych gospodarzy ich prawdziwa mała ojczyzna jest tam, gdzie są razem. To bardzo krzepiąca myśl.