Dziedzicznie obciążeni historią

wystawa-6059Pod Archikatedrą św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu tłum ludzi podnosi wzrok do góry, aby zobaczyć zastygłą w krzyku kamienną głowę złodzieja. A może podpalacza, który wspiął się na kościelną wieżę, żeby lepiej zobaczyć swoje dzieło, a mury zacisnęły się na jego szyi dusząc go? Tę mroczną legendę opowiada grupie Staszek, miejski przewodnik, członek Koła Przewodników Miejskich Oddziału Wrocławskiego PTTK. Turyści przed końcem wycieczki i opuszczeniem Ostrowa Tumskiego, dowiedzą się jeszcze, skąd się wzięły kluski na arkadzie przy kościele św. Idziego i dlaczego skamieniały; czemu św Jadwiga Śląska nosiła w rękach swoje buty; co oznaczać mogła biała róża znaleziona w stallach przez kanonika; a także skąd wzięła się nazwa miasta Trzebnica.

Już we wczesnej młodości oprowadzałem po mieście znajomych, którzy przyjeżdżali do Wrocławia – wspomina Staszek. – W naszej rodzinie zainteresowanie historią było od zawsze, więc i mnie to fascynowało. Mama znała wszystkie szczegóły historii miasta i po prostu chciałem samemu się tego nauczyć. Posiąść taką wiedzę – tłumaczy.

Pani Ania, mama Staszka, zrobiła kurs przewodników jeszcze w czasach studenckich. Rok uczęszczania na wykłady z historii Śląska, historii Polski, historii sztuki, geologii, prawa oraz wyjazdów w teren w celu zapoznania się na żywo ze wszystkimi ważnymi w regionie obiektami pozwolił jej zdobyć uprawnieniami przewodnika terenowego po Dolnym Śląsku.

Kiedy miałam już dziecko, to wyjazdy w ogóle stały się niemożliwe – mówi pani Ania. – Uzupełniłam więc swoje przygotowanie o kurs przewodnika miejskiego, bo w tamtych czasach nie można było zrobić wszystkich uprawnień podczas jednego kursu.

Dużo chodziłem na wycieczki z mamą – wtrąca Staszek. – Kiedy miała wycieczkę z dziećmi, brała mnie ze sobą i słuchałem, jak opowiada.

– Nie tylko słuchał. Czasem patrzę na zegarek, czas mija, trzeba już iść na obiad, więc bardzo się streszczam, a on na to: „Mamo, ale jeszcze nie powiedziałaś o tym zegarze!” I dzieci domagały się: „Niech pani powie, niech pani powie!” – Śmieją się oboje. – W przewodnictwie w ogóle wyczucie czasu jest bardzo istotne – tłumaczy pani Ania.

Trzeba mieć wyczucie jak zmieścić się w czasie – podłapuje Staszek. – Z jednej strony trzeba dostosować język do możliwości grupy, na przykład kiedy prowadzi się dzieci, których nie będzie interesowała szczegółowa historia, z drugiej strony chce się opowiedzieć tyle rzeczy, a czas goni.

Bogusław Kaczmarski, ojciec pani Ani, pracował w Pracowni Atlasu Historii Śląska Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, był autorem szkolnych map historycznych oraz współautorem Atlasu Historycznego Polski. Mama, Zofia Kaczmarska, uczyła historii ,między innymi w V L.O. we Wrocławiu.

Można powiedzieć, że jesteśmy dziedzicznie obciążeni – śmieje się pani Ania. – W naszym mieszkaniu półki były pełne książek historycznych. To bardzo wygodne, bo zawsze można było po nie sięgnąć, kiedy coś nas interesowało, albo po prostu zapytać. Żyliśmy tymi sprawami.

Mama jest w czwartym pokoleniu nauczycielką – uzupełnia panią Anię Staszek. – Ja się wyłamałem – śmieje się. – To rodzinne „skrzywienie” u mnie realizuje się tylko w przewodnictwie.

– Kiedy jeszcze pracowałam, wycieczkę mogłam wziąć tylko w wolny dzień – opowiada pani Ania. – Albo kiedy pracowałam rano, to mogłam poprowadzić wycieczkę po południu. Od kiedy jestem na emeryturze, robię to już w pełnym wymiarze, to moja działalność gospodarcza.

Staszek jeszcze nie ma takiej swobody, ale chciałby pójść w ślady mamy i zawodowo związać się z turystyką. Kurs przewodnika zrobił w 2011 roku, pracę dyplomową o wrocławskich pomnikach napisał w Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy we Wrocławiu, dziś studiuje hotelarstwo, ale pracuje w zupełnie innej branży.

Towarzyszymy pani Ani podczas wycieczki po historycznych miejscach Wrocławia związanych z reformacją. Każdy budynek, przed którym się zatrzymujemy, jest przedstawiony nie tylko w związku z tematem przewodnim wycieczki, ale też omówiony w szerszym kontekście i to nie tylko historycznym.

Misją przewodnika jest przygotowanie do uczestnictwa w kulturze – tłumaczy pani Ania. – My, rozkochani w swoim mieście, nawet idąc jego ulicami zdobywamy coraz większą wiedzę o nim, a potem czujemy potrzebę przekazania jej innym. Chcemy, żeby uczestnicy prowadzonej przez nas wycieczki zrozumieli, dlaczego coś, na co patrzą, jest piękne czy wyjątkowe. Nie wystarczy opisać obiekt, potrzeba dołożyć do tego trochę wiadomości z historii sztuki, czasem historii przemysłu, wiedzy o roślinach czy geologii.

Trzeba obiekt starać się przedstawić na tle historii, zakotwiczyć go – dodaje Staszek. – Warto na przykład mówiąc o powstaniu Katedry Wrocławskiej zaznaczyć, że wiąże się ono z powołaniem biskupstwa wrocławskiego na Zjeździe Gnieźnieńskim w tysięcznym roku. Poszerzając tę opowieść warto dodać jakąś anegdotę, która łatwiej zapadnie w pamięć razem z innymi informacjami.

Nadal żywa jest dyskusja o domu towarowym Solpol – podaje kolejny przykład pani Ania. – Pokazuję ludziom na jego przykładzie, na czym polega postmodernizm. Wskazuję, jak pewne elementy z sąsiednich, zabytkowych budynków zostały skopiowane lub przekształcone w tym współczesnym budynku. Tłumaczę, że niespotykane kolory, które owszem są okropne, są znakiem fascynacji nowymi materiałami ery po naszej transformacji. Wskazuję kolumny będące nawiązaniwm do tych przy wejściu do Monopolu, mówię o przeszklonym prezbiterium kościoła i podobnych przeszkleniach domu towarowego, o sterczynach w gotyckim kościele i aluzji do nich w elementach nowoczesnego budynku. Nie mówię wprost, co sama myślę o budynku, staram się słuchaczy zostawić z pewną wiedzą i pytaniem: „Co architekt miał na myśli?” To ważne, żeby oni sami potrafili w duchu dokonać pewnych ocen.

Kiedy tak obserwujemy Staszka i panią Anię przy pracy, zaczynamy rozumieć, że dobry przewodnik miejski musi cechować sie nie tylko dużą wiedzą i potrafić ją przekazać, musi również umieć radzić sobie z dużą grupą ludzi. Zapytani o to, oboje się uśmiechają.

Czasem trzeba na bieżąco modyfikować plan i dostosowywać go do grupy – przyznaje Staszek. – Zdarza się tak, na przykład wtedy, kiedy nagle w połowie wycieczki zainteresowanie grupy ogranicza się tylko do krasnoludków – śmieje się. – Zdarzają się wycieczki, które są niezainteresowane tym, co mówi przewodnik, ale wtedy zawsze znajdzie się jakaś wpatrzona w nas osoba i wtedy mówi się do niej – puentuje.

Patrząc z zewnątrz łatwo rozpoznać, czy grupa jest zainteresowana tym, co mówi przewodnik – uzupełnia pani Ania. – Jeśli stoją blisko przewodnika, odwracają głowy i patrzą w miejsce, o którym on opowiada, widać, że są zainteresowani. Ale jeśli na obrzeżach grupy tworzą podgrupki, ktoś pali papierosa, ktoś odchodzi na bok robić jakieś niezwiązane z wycieczką zdjęcia, mówimy, że przewodnik „nie schwycił grupy”. Najważniejsze jest pierwsze zetknięcie z grupą, jest mnóstwo sposobów, żeby zdobyć wtedy jej uwagę i przychylność – mówi pani Ania, po czym nieco teatralnym tonem zwraca się do nas jak do wycieczki, która właśnie wyszła z klimatyzowanego pomieszczenia na upalne ulice Wrocławia. Obiecuje ożywczy wiaterek podczas spaceru wzdłuż Odry, zacienione uliczki starówki i marszrutę od fontanny do fontanny. My kupujemy to od razu!

Oczywiście musimy radzić sobie z różnymi sytuacjami – kontynuuje pani Ania. – Musimy wiedzieć, jak się zachować, kiedy grupę na cel obrali na przykład żebrzący Romowie albo kiedy do grupy dołącza ktoś, kto usiłuje za wszelką cenę sprzedawać coś turystom. Wycieczkom tłumaczymy, że tłum przed piekarnią na pl. Bema jest spowodowany tym, że pieczywo tam sprzedawane ma niezwykłą renomę, jako wypiekane dawnymi metodami. Tak, aby nie wyjechali od nas z przekonaniem, że tego typu kolejki są u nas normą.

Czasami jesteśmy też sprawdzani! – dodaje Staszek. – Przodują w tym nauczyciele, którzy potrafią zadać nam pytanie, nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, ale żeby sprawdzić, czy odpowiemy zgodnie z ich wiedzą, czy może przyłapią przewodnika na błędzie.

Wycieczka po Wrocławiu powoli się kończy, ale naszą uwagę zwróciły dwie dziewczyny, które przez cały spacer notują zawzięcie i wymieniają między sobą jakieś uwagi. Okazuje się, że Karolina i Ania kończą kurs PTTK na przewodnika miejskiego i chcą pracować w tym niełatwym zawodzie. Obie deklarują swoją miłość do miasta i, podobnie jak Staszek, opowiadają, że zaczynały od oprowadzania po nim swoich przyjaciół. – Na takich spacerach zapewniamy sobie dodatkową wiedzę – mówi pewnie Karolina i pokazuje nam stronę w zeszycie z hasłowo zapisanymi notatkami z wycieczki.

Pani Ania dziękuje grupie za wspólny spacer, odpowiada na indywidualne pytania ludzi, którzy wcale jeszcze nie chcą kończyć naszej wyprawy w przeszłość. My też pytamy już na do widzenia, co jeszcze potrzeba mieć, żeby być przewodnikiem miejskim? – Trzeba być patriotą lokalnym – odpowiada pani Ania.