Dom nie tylko z nazwy

mosty_reportaz_06_a01

Na scenie zły Herod nie chce dopuścić do nadejścia nowego króla żydowskiego. Anioł wieszczy mu rychłą śmierć. Król ze wschodu przybywa do stajenki, aby złożyć dary narodzonej dziecinie, ale Maryja, matka Chrystusa ciut za wcześnie postanowiła zejść za kulisy. Piesek i wołek, radośnie brykający wokoło, pomagają jej i Józefowi wrócić na miejsce i odśpiewać kończącą jasełka kolędę. W rolę żałośnie beczącego wołka wcieliła się Magda, pracownica Domu Pomocy Społecznej dla osób niepełnosprawnych intelektualnie prowadzonego przez Fundację Przyjazny Dom im. Stanisława Jabłonki we Wrocławiu.

Magda prowadzi zajęcia terapeutyczne w pracowni teatralnej Przyjaznego Domu, sama zaś jeszcze studiuje. Właśnie kończy ostatni rok reżyserii na wrocławskiej PWST, ze specjalnością teatr lalek. – To pierwsza taka moja praca – mówi. – I przyszłam do niej z niewielką świadomością tego, jak będzie ona wyglądała. Miałam przeczucie, że sobie z tym poradzę, odnajdę się, i przekonałam się na miejscu, że tak właśnie jest. Fascynuje mnie poszukiwanie wspólnego języka z każdą osobą. Z każdą innego. Strasznie mnie to pociąga, daje radość i satysfakcję, a jednocześnie jestem zaskoczona, jak bardzo się tu reżysersko rozwijam. Muszę dobierać inne metody pracy niż ze studentami aktorstwa w szkole teatralnej, w bardziej prosty sposób muszę komunikować pewne rzeczy.

Kiedy ucichły oklaski i opadła kurtyna w największej sali goszczącego nas Przyjaznego Domu, można było przejść do następnych części spotkania opłatkowego, na którym zgromadziły się rodziny pensjonariuszy, oni sami, goście specjalni i oczywiście personel. Jest czytanie fragmentu z Biblii, wspólna modlitwa, przemowy, oglądanie filmów nagranych niedawno w Domu, no i oczywiście nieodzowny poczęstunek i rozdawanie prezentów.

Pomiędzy gęsto ustawionymi stołami przemyka Marta z aparatem fotograficznym, skrupulatnie wszystko dokumentując. – Pracuję tutaj rok i dwa miesiące – opowiada – wcześniej byłam na wolontariacie. Skończyłam architekturę krajobrazu, ale już pod koniec studiów odkryłam, że to nie jest to, co chcę robić. Wolontariat? Wiązał się z potrzebą serca, chciałam pomagać. Pracowałam w różnych pracowniach z dziećmi, a potem zapytano mnie, czy nie wybrałabym się na wyjazd wakacyjny, a że miałam wolny czas… Kiedy w listopadzie przyszłam odwiedzić Dom, zapytali mnie, czy nie chciałabym przyjść na dwa miesiące na zastępstwo. Zastępstwo się przedłużyło i tak jestem tu.

Wolontariat podzieliłbym na dwie kategorie – mówi nam pan Zbigniew Kobyłecki, dyrektor Przyjaznego Domu. – Jedna to ludzie posiadający jakieś kompetencje wymagane do pracy, praktykujący u nas, studiujący kierunki mające związek z opieką nad osobami niepełnosprawnymi. Tacy ludzi związują się jakoś z nami i wracają później pracować lub wspomagać nas w różnych sytuacjach. Druga grupa to wolontariusze, najczęściej młodzi, którzy nie posiadają wystarczających kompetencji, abyśmy mogli powierzyć im profesjonalne zadania opiekunów, pomagają nam najczęściej przy różnych akcjach, kiedy każda para rąk się przyda.

Talerze z kolejnymi daniami pojawiają się na stołach i znikają. Sam pan dyrektor pcha wózek, na którym stoi gar z barszczem, Marta pomaga podopiecznym, a Magda, która jeszcze przed chwilką była wołkiem ze stajenki, roznosi oszałamiająco pyszne krokiety z kapustą i grzybami. – Staramy się zastępować siebie nawzajem, kiedy jest taka potrzeba, pomagać sobie, nie czekać aż ktoś nam zleci jakieś zadanie, tylko być uważnym, wypełniać te luki, które widzimy, odpowiadać na zadania, które się tu i teraz pojawiają – mówi Magda.

Kiedy wracamy do Przyjaznego domu po kilku dniach, nie ma już świątecznego harmidru. Martę znajdujemy w jednym z pokojów na piętrze, gdzie segreguje pranie swoich podopiecznych. Możemy zająć jej trochę czasu i spokojnie porozmawiać. – Moje obowiązki? Wszystko czego potrzebują podopieczni, od porannej toalety, przez pomoc przy posiłkach, robienie prania czy rozwieszanie go. Wszystko z czym nie radzą sobie, albo radzą sobie w mniejszym stopniu, i trzeba im z tym pomóc – tłumaczy. – Ja nie czuję, że to praca, robię to z tak dużą przyjemnością, mimo że niektórzy się śmieją, pytając, czy do końca życia będę „zmieniać pampersy”? Mój tato nie mógł tego zrozumieć przez jakiś czas, myślał, że będę pracować w zgodzie ze swoim wykształceniem. Kiedy mu powiedziałam, że po pierwszym dniu mojego wolontariatu byłam tak szczęśliwa i radosna, że w drodze do domu sama dla siebie kupiłam kwiatki, było już łatwiej. A dzisiaj? Zaczęłam podyplomowe studia związane z edukacją i rehabilitacją osób niepełnosprawnych. Nie wiem jeszcze, czy będę w przyszłości chciała pracować na zasadzie opieki nad niepełnosprawnymi czy ich rehabilitacji, ale już nie wyobrażam sobie nie pracować w tym zawodzie.

Marta odkłada posegregowane pranie i rusza w kierunku pokoju personelu, gdzie stoi dumny ekspres do kawy. – To czas na kawę dla pana Jacka – tłumaczy. Wspinamy się powoli po schodach, aby nie uronić ani kropelki oczekiwanego przez pana Jacka napoju. – Wszyscy po trochu tworzymy tutaj domową atmosferę. 24 podopiecznych to niewiele, dzięki temu wystarczy kilka dni, czy nawet kilka godzin, i każdą osobę możesz poznać po imieniu, dowiedzieć się, co lubi, a za czym nie przepada. Wiesz, o czym można z nią porozmawiać, ale co najważniejsze, jest na to wszystko czas w ciągu dnia pracy – wyjaśnia Marta.

Słuchając Marty i obserwując ją, z łatwością wyobrażamy sobie jej początki z wolontariatem i chwile szczęścia wyrażone kupnem kwiatów. Przypominamy sobie, co o akcjach wolontariackich opowiadał nam jeszcze dyrektor Przyjaznego Domu. – Taką fajną akcją było na przykład nasadzanie roślin w ogrodzie, wtedy korzystaliśmy z pomocy wolontariuszy ze szkół, którzy się świetnie sprawdzili! – wspomina pan Zbigniew Kobyłecki. – Potrzebna była bardziej pomoc fizyczna, nie zajmowanie się naszymi mieszkańcami, ale kontakt nawiązany podczas wspólnej pracy to bardzo cenne doświadczenie. Ubogaciło ono życie naszych mieszkańców, a dla młodzieży było to coś w rodzaju formacji życiowej. Jeśli człowiek nie ma możliwości spotkania się z osobą niepełnosprawną umysłowo to się boi, nie wie jak z nią rozmawiać. Wspólna praca te bariery przełamuje i to już zostaje na całe życie. Mamy nawet projekt ze środków unijnych – dodaje – który polega na edukowaniu młodzieży w przełamywaniu wszelakich barier. Metodą na to ma być wspólne przebywanie. W ramach tego programu organizujemy różne wyjścia do takich miejsc, jak kina, teatry, muzea, czy choćby do kręgielni. Staramy się, żeby to było atrakcyjne, jednak najważniejszy jest ten wspólny czas przebywania i przeżywania.

Tymczasem za zasuniętą kurtyną odbywają się warsztaty terapii zajęciowej pracowni teatralnej. Już z daleka słychać śmiechy i pohukiwania grupy aktorskiej. Zaglądamy przez otwarte drzwi i widzimy profesjonalną rozgrzewkę. Magda stoi przed swoimi podopiecznymi i komenderuje. – Pocieramy ręce, przykładamy do twarzy! Robimy masaż głowy, burzymy fryzury! Miętosimy policzki! Kręcimy koła! I w drugą stronę! Żujemy miętówkę! Uśmiechamy się, szeroko! Grupa wykonuje kolejne polecenia. Teraz przyszedł czas na ćwiczenie aparatu mowy. – Powtarzamy za mną! Rrrrrrr, rrrrrr, rrrrrr. Prrr Prrrr prrr. Teraz samogłoski. Aaaa Eeee Iiiii Ooooo Uuuuu Yyyy. Mraaa Mreee Mriii Mrooo Mruu Mryy. Plaaa Pleee Plii Ploo Pluuu Plyy. A teraz trudniejsze! A kto to tutaj tak tupie! To tato tutaj tak tupie. Piter zacina się na trzeciej sylabie, za to pan Krzysztof poleciał jak automat. – Tatatatatatatata! Pani Asia zanosi się śmiechem. Właściwie, to wydaje się, że przez całe zajęcia nie przestaje się śmiać, zarażając swoim pogodnym usposobieniem innych.

W ośrodkach przygotowujemy spektakle wspólnie – tłumaczy Magda, kiedy pytamy o rolę wołka. – Ja jako osoba prowadząca grupę występuję zresztą na scenie. Moja rola jest taka, żeby zorganizować uczestników, podpowiadać im teksty jeśli zapomną, dodawać im przede wszystkim otuchy. Występując razem z nimi, pokazuję jednak przede wszystkim, że jestem częścią zespołu, że jesteśmy wszyscy na tych samych zasadach na scenie, jako artyści. Magda śmieje się kiedy wytykamy jej, że rola wołka nie jest na tym samym poziomie, co anioła, Heroda czy Dziewicy Marii. – Tak, to też jest ważne dla grona terapeutycznego, żeby wyeksponować osoby niepełnosprawne intelektualnie, a siebie postawić gdzieś w cieniu, żeby oni czuli się w tych momentach najważniejsi. Staramy się ponadto „wydobywać” osoby, które są znacząco starsze od nas, a są na tyle sprawne i samodzielne, by móc jako dojrzalsze zafunkcjonować w grupie. Do pana Włodzimierza, na przykład, podczas zajęć grupowych często zwracamy się z pytaniem o zdanie, o radę, tak aby zaistniał w świadomości wszystkich jako osoba, której winniśmy okazywać szacunek, ze względu na wiek i bagaż doświadczeń.

Czasem mam wrażenie, że nasi mieszkańcy opiekunów traktują odrobinę na zasadzie rodziców – mówi nam Marta. – To może głupio brzmi, kiedy między nami jest na przykład 40 lat różnicy i to nie ja jestem starsza, ale to ja momentami zaspokajam im te potrzeby, które mają, a których sami nie są w stanie sobie zaspokoić. Wiem, że chcę w tej roli zostać, ale kto wie, co będzie jak skończę podyplomówkę? Pytanie brzmi też, gdzie znajdę pracę? Zostałabym tutaj bardzo chętnie, jeśli pojawiła by się taka okazja. Tu jest bardzo przyjazna atmosfera między pracownikami, szefostwem i podopiecznymi. Czasem aż boję się, czy jeśli poszłabym do innej pracy, to nadal tak by mi się to podobało? Czy to nie jest tak, że miejsce, które do pracy z niepełnosprawnymi mnie przyciągnęło, dało tak mocny efekt.