Czuwała nad nami opatrzność

lomzanka-3441Na ulicy Ruskiej we Wrocławiu znajdujemy maleńką cukiernię „Łomżanka”. Wrocławianie znakomicie ją znają, jest tutaj od 1948 roku i słynie ze najsmaczniejszych pączków. To pamiątka po okresie naszej historii, o którym zwykło się mówić, że w sklepach był tylko ocet.

Jak nic nie było wokół, to towar szedł na pniu – wspomina pani Krystyna, właścicielka cukierni. – Tylko, że jednocześnie nie było z czego piec. Przydziały 100 kilogramów cukru, 200 kilogramów mąki na miesiąc były zbyt małe. Kolejka ustawiała się długa, daleko przed drzwiami. A my? Jak o piątej zaczynała się produkcja, to o dwunastej sklep był już zamknięty. Nie było czym handlować.

Rodzice pani Krystyny przyjechali do Wrocławia w 1946 roku. Pani Michalinie nie spodobało się to, co zobaczyła. Miasto było w gruzach, mimo to pan Leon szybko znalazł pracę w cukierni na ulicy Uniwersyteckiej, którą wkrótce przejął, gdy poprzedni właściciele postanowili wyjechać z Polski. Przed wojną rodzina pana Leona posiadała własną cukiernię w Łomży, prowadzoną od 1935 roku, ta jednak została zniszczona podczas działań wojennych w 1944 roku, a pan Leon został aresztowany i zesłany na ciężkie roboty w głąb Związku Radzieckiego. Wrocław miał być nowym domem i planem na przyszłość, kiedy rodzina odnalazła się po wojnie.

W 1948 roku udaje się dostać w używanie lokal przy ulicy Ruskiej. Słodycze wytwarzane na Uniwersyteckiej przewozili na Ruską na dużych blachach piekarniczych, wózkiem opłaceni uczniowie i studenci.

– W najlepszych okresach przewoziło się po 10 blach po 100 sztuk ciastek dziennie – wspomina pani Krystyna. – Teraz 100 sztuk ciastek deserowych schodzi przez cały tydzień.

Dzieci państwa Chalamońskich od najmłodszych lat pomagały w cukierni, co nie było niczym niezwykłym w tamtych czasach. Pani Krystyna jako najmłodsza z pięciu dziewcząt była nieco oszczędzana, ale przed świętami zawsze były potrzebne wszystkie ręce na pokładzie. Przygotowywało się wtedy paczuszki ze słodkościami, piernikowymi mikołajkami, cukierkami.

Tato był cukiernikiem i karmelarzem, robił cukierki – opowiada pani Krystyna. – Robił takie słodkie sople, lody jedliśmy michami. Dzieci z sąsiedztwa mówiły, idziemy do bramy. Do Chalamońskich. Zawsze wiedziały, że dostaną u nas coś słodkiego.

Niestety, władza w Polsce nie ułatwia życia rzemieślnikom, nazywanym w nowym ustroju, pogardliwie prywaciarzami.

Za Bieruta było fatalnie – wspomina pani Krystyna. – Nakładano na rzemieślników tzw. domiar, nadzwyczajny podatek o horrendalnej wysokości. Albo płacicie podatek, mówili, albo rezygnujecie z działalności i wtedy jest on anulowany. Tato nigdy się nie poddał, choć wokół padały zakłady. Twierdził, że jakoś damy radę, jakoś zapłacimy. Pracował za dwóch, zapożyczał się, jeśli to było możliwe. Za tą ciężką pracę i nerwy zapłacił życiem. Umarł w wieku 51 lat w 1960 roku.

Po śmierci męża pani Michalina myśli o zrezygnowania z interesu, ale przekonana przez rodzinę postanawia przejąć zakład na prawach wdowy, zatrudniając w nim mistrza cukierniczego. Jedna z sióstr pani Krystyny wraz z mężem, czeladnikiem cukierniczym zakładają później własną cukiernię, druga, pod okiem byłego ucznia pana Leona, sama sięga po mistrzostwo w fachu. We Wrocławiu pojawiły się trzy cukiernie związane z rodziną, lecz tylko ta jedna, na ulicy Ruskiej, dotrwa do dzisiaj.

Tymczasem po dojściu do władzy Gierka zostaje zdecentralizowana administracja i we Wrocławiu zaczyna dziać się źle. Naczelnik dzielnicy Stare Miasto doprowadza do upadku około sześćdziesięciu zakładów, odbierając lokale rzemieślnikom i oddając je w ręce zainteresowanych, gotowych uiścić odpowiednią łapówkę. Cukiernia zawiesza działalność i przez rok rodzina walczy o zwrot lokali na Uniwersyteckiej i Ruskiej. Udaje się to tylko częściowo. Zatrudniony przez rodzinę prawnik bez trudu udowadnia nadużycia lokalnych władz, niestety w międzyczasie pomieszczenia na ulicy Uniwersyteckiej zostają przekazane na powrót Uniwersytetowi Wrocławskiemu i ten nie zamierza już z nich rezygnować.

W maleńkim zakładzie na Ruskiej nie sposób wytwarzać takich wspaniałości jak w dużym warsztacie na Uniwersyteckiej, toteż od tamtego momentu cukiernia jest znana głównie z pączków i słodkich kubeczków. Zakład gnębiony jest jeszcze licznymi kontrolami sanitarnymi i sprawami w kolegium, ale dzięki wstawiennictwu przewodniczącego kolegium i samego prezydenta Wrocławia udaje się w końcu oddalić wszelkie zagrożenia.
Od 1975 roku już nic się nie dzieje – uśmiecha się pani Krystyna. – Czuwała nad nami jakaś, jak ja to mówię, opatrzność.

Kiedy umiera pani Michalina, pani Krystyna przejmuje zakład wraz z mężem, kapitanem żeglugi śródlądowej, który dla rodziny przekwalifikował się na cukiernika.

Nie wiem, czy mąż był szczęśliwy – zastanawia się pani Krystyna. – Umarł w 1995 roku w wieku 45 lat, zostałam sama z dziećmi. Dokupiłam piec i zaczęłam rozszerzać asortyment. Wtedy było już dużo rzeczy do kupienia na rynku, na samych pączkach by się nie uciągnęło.

Paweł oprowadza mnie po piekarni od zaplecza, to on zna się tutaj na produkcji. Pieczenie zaczyna się już o czwartej rano. Tak, aby pierwsi klienci, którzy pojawią się po godzinie ósmej, dostali świeże wypieki. Czego tu nie ma?! Mazurki, babki i babeczki, makowce, keksy, nawet znany ze Shreka Ciastek z jego lukrowanymi guziczkami.

Paweł studiował prawo, ale szybko mu się odwidziało i zmienił studia na historyczne o specjalizacji dokumentalistyka konserwatorska. Ale choć spróbował swoich sił w wyuczonym zawodzie, to zawsze powracały myśli o cukierni.

Ta cukiernia zawsze była furtką, że będę miał gdzie pracować. Jednocześnie mogłem spróbować innych rzeczy. Tu jest stałe źródło utrzymania, a w konserwacji, kończą się zlecenia i albo długo się czeka, albo jeździ się za pracą daleko domu.

Budzą się w nim wspomnienia:

W dzieciństwie zawsze nosiłem do szkoły pączki. Jak były imprezy urodzinowe, to moi koledzy u mnie składali zamówienia, a po szkole przychodziło się na Ruską – wspomina Paweł. – Ja byłem częścią tego miejsca. Czasami przychodziło się, aby po prostu pobyć z mamą i tatą. Kiedy tato zmarł, miałem 11 lat. Z mamą przychodziliśmy wieczorami przygotowywać wszystko do porannych wypieków. Zaczęło się praca na poważnie, przecież to było nasze jedyne źródło utrzymania. Jeśli sami byśmy o cukiernię nie zadbali, nikt by tego nie zrobił.

W Łomżance pracuje jeszcze rodzeństwo Pawła.

Wszyscy muszą pomóc, żebyśmy sobie jakoś radzili – tłumaczy pani Krystyna. – Oczywiście każdy w miarę swoich możliwości. Dzieci dbają o reklamę, również w Internecie, o wygląd witryny, ale najważniejsza jest jakość naszych wypieków. Jeśli ciastko będzie smakować, to się wróci po następne. Jeśli nie…

Paweł z żoną myślą o dziecku. Wie, że nie będzie naciskał na nie, aby został cukiernikiem, choć na pewno będzie przyprowadzał go do swojej pracy. Sam nie ma dyplomu, choć myśli o egzaminie czeladniczym.

Umiem piec. Teraz można pomyśleć, żeby mieć na to papier – śmieje się.
Nigdy nie wiadomo, jak się życie potoczy – dodaje pani Krystyna. – Może lepiej takie umiejętności udokumentować. To nie tylko sentyment, ale również myślenie praktyczne.

Na chwilę zawiesza głos i kontynuuje:

Nie celebruje się tradycji czeladniczych, a szkoda.. Kiedyś to był zakład rzemieślniczy, a teraz… działalność gospodarcza.

Nad wejściem do piekarni dumny napis głosi „Łomża 1935”. Dla pana Leona i pani Michaliny to było miejsce, skąd pochodzili i gdzie chcieli zostać pochowani po śmierci. Pani Krystyna czuje również ogromny sentyment do tego miejsca na mapie Polski i twierdzi, że pochodzą stamtąd wspaniali ludzie. Paweł, choć jeździ na groby dziadków do Łomży, sam czuje się już stuprocentowym wrocławianinem i nie zamieniłby tego miasta na żadne inne miejsce na ziemi. Rodzinny zakład ma już 80 lat, to wspaniała liczba, ale Paweł po cichu liczy, że będzie mógł kiedyś powiedzieć, że jest ważną częścią wspaniałej, stuletniej tradycji.