Bez kategorii

Dziedzicznie obciążeni historią

wystawa-6059

wystawa-6059Pod Archikatedrą św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu tłum ludzi podnosi wzrok do góry, aby zobaczyć zastygłą w krzyku kamienną głowę złodzieja. A może podpalacza, który wspiął się na kościelną wieżę, żeby lepiej zobaczyć swoje dzieło, a mury zacisnęły się na jego szyi dusząc go? Tę mroczną legendę opowiada grupie Staszek, miejski przewodnik, członek Koła Przewodników Miejskich Oddziału Wrocławskiego PTTK. Turyści przed końcem wycieczki i opuszczeniem Ostrowa Tumskiego, dowiedzą się jeszcze, skąd się wzięły kluski na arkadzie przy kościele św. Idziego i dlaczego skamieniały; czemu św Jadwiga Śląska nosiła w rękach swoje buty; co oznaczać mogła biała róża znaleziona w stallach przez kanonika; a także skąd wzięła się nazwa miasta Trzebnica.

Już we wczesnej młodości oprowadzałem po mieście znajomych, którzy przyjeżdżali do Wrocławia – wspomina Staszek. – W naszej rodzinie zainteresowanie historią było od zawsze, więc i mnie to fascynowało. Mama znała wszystkie szczegóły historii miasta i po prostu chciałem samemu się tego nauczyć. Posiąść taką wiedzę – tłumaczy.

Pani Ania, mama Staszka, zrobiła kurs przewodników jeszcze w czasach studenckich. Rok uczęszczania na wykłady z historii Śląska, historii Polski, historii sztuki, geologii, prawa oraz wyjazdów w teren w celu zapoznania się na żywo ze wszystkimi ważnymi w regionie obiektami pozwolił jej zdobyć uprawnieniami przewodnika terenowego po Dolnym Śląsku.

Kiedy miałam już dziecko, to wyjazdy w ogóle stały się niemożliwe – mówi pani Ania. – Uzupełniłam więc swoje przygotowanie o kurs przewodnika miejskiego, bo w tamtych czasach nie można było zrobić wszystkich uprawnień podczas jednego kursu.

Dużo chodziłem na wycieczki z mamą – wtrąca Staszek. – Kiedy miała wycieczkę z dziećmi, brała mnie ze sobą i słuchałem, jak opowiada.

– Nie tylko słuchał. Czasem patrzę na zegarek, czas mija, trzeba już iść na obiad, więc bardzo się streszczam, a on na to: „Mamo, ale jeszcze nie powiedziałaś o tym zegarze!” I dzieci domagały się: „Niech pani powie, niech pani powie!” – Śmieją się oboje. – W przewodnictwie w ogóle wyczucie czasu jest bardzo istotne – tłumaczy pani Ania.

Trzeba mieć wyczucie jak zmieścić się w czasie – podłapuje Staszek. – Z jednej strony trzeba dostosować język do możliwości grupy, na przykład kiedy prowadzi się dzieci, których nie będzie interesowała szczegółowa historia, z drugiej strony chce się opowiedzieć tyle rzeczy, a czas goni.

Bogusław Kaczmarski, ojciec pani Ani, pracował w Pracowni Atlasu Historii Śląska Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, był autorem szkolnych map historycznych oraz współautorem Atlasu Historycznego Polski. Mama, Zofia Kaczmarska, uczyła historii ,między innymi w V L.O. we Wrocławiu.

Można powiedzieć, że jesteśmy dziedzicznie obciążeni – śmieje się pani Ania. – W naszym mieszkaniu półki były pełne książek historycznych. To bardzo wygodne, bo zawsze można było po nie sięgnąć, kiedy coś nas interesowało, albo po prostu zapytać. Żyliśmy tymi sprawami.

Mama jest w czwartym pokoleniu nauczycielką – uzupełnia panią Anię Staszek. – Ja się wyłamałem – śmieje się. – To rodzinne „skrzywienie” u mnie realizuje się tylko w przewodnictwie.

– Kiedy jeszcze pracowałam, wycieczkę mogłam wziąć tylko w wolny dzień – opowiada pani Ania. – Albo kiedy pracowałam rano, to mogłam poprowadzić wycieczkę po południu. Od kiedy jestem na emeryturze, robię to już w pełnym wymiarze, to moja działalność gospodarcza.

Staszek jeszcze nie ma takiej swobody, ale chciałby pójść w ślady mamy i zawodowo związać się z turystyką. Kurs przewodnika zrobił w 2011 roku, pracę dyplomową o wrocławskich pomnikach napisał w Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy we Wrocławiu, dziś studiuje hotelarstwo, ale pracuje w zupełnie innej branży.

Towarzyszymy pani Ani podczas wycieczki po historycznych miejscach Wrocławia związanych z reformacją. Każdy budynek, przed którym się zatrzymujemy, jest przedstawiony nie tylko w związku z tematem przewodnim wycieczki, ale też omówiony w szerszym kontekście i to nie tylko historycznym.

Misją przewodnika jest przygotowanie do uczestnictwa w kulturze – tłumaczy pani Ania. – My, rozkochani w swoim mieście, nawet idąc jego ulicami zdobywamy coraz większą wiedzę o nim, a potem czujemy potrzebę przekazania jej innym. Chcemy, żeby uczestnicy prowadzonej przez nas wycieczki zrozumieli, dlaczego coś, na co patrzą, jest piękne czy wyjątkowe. Nie wystarczy opisać obiekt, potrzeba dołożyć do tego trochę wiadomości z historii sztuki, czasem historii przemysłu, wiedzy o roślinach czy geologii.

Trzeba obiekt starać się przedstawić na tle historii, zakotwiczyć go – dodaje Staszek. – Warto na przykład mówiąc o powstaniu Katedry Wrocławskiej zaznaczyć, że wiąże się ono z powołaniem biskupstwa wrocławskiego na Zjeździe Gnieźnieńskim w tysięcznym roku. Poszerzając tę opowieść warto dodać jakąś anegdotę, która łatwiej zapadnie w pamięć razem z innymi informacjami.

Nadal żywa jest dyskusja o domu towarowym Solpol – podaje kolejny przykład pani Ania. – Pokazuję ludziom na jego przykładzie, na czym polega postmodernizm. Wskazuję, jak pewne elementy z sąsiednich, zabytkowych budynków zostały skopiowane lub przekształcone w tym współczesnym budynku. Tłumaczę, że niespotykane kolory, które owszem są okropne, są znakiem fascynacji nowymi materiałami ery po naszej transformacji. Wskazuję kolumny będące nawiązaniwm do tych przy wejściu do Monopolu, mówię o przeszklonym prezbiterium kościoła i podobnych przeszkleniach domu towarowego, o sterczynach w gotyckim kościele i aluzji do nich w elementach nowoczesnego budynku. Nie mówię wprost, co sama myślę o budynku, staram się słuchaczy zostawić z pewną wiedzą i pytaniem: „Co architekt miał na myśli?” To ważne, żeby oni sami potrafili w duchu dokonać pewnych ocen.

Kiedy tak obserwujemy Staszka i panią Anię przy pracy, zaczynamy rozumieć, że dobry przewodnik miejski musi cechować sie nie tylko dużą wiedzą i potrafić ją przekazać, musi również umieć radzić sobie z dużą grupą ludzi. Zapytani o to, oboje się uśmiechają.

Czasem trzeba na bieżąco modyfikować plan i dostosowywać go do grupy – przyznaje Staszek. – Zdarza się tak, na przykład wtedy, kiedy nagle w połowie wycieczki zainteresowanie grupy ogranicza się tylko do krasnoludków – śmieje się. – Zdarzają się wycieczki, które są niezainteresowane tym, co mówi przewodnik, ale wtedy zawsze znajdzie się jakaś wpatrzona w nas osoba i wtedy mówi się do niej – puentuje.

Patrząc z zewnątrz łatwo rozpoznać, czy grupa jest zainteresowana tym, co mówi przewodnik – uzupełnia pani Ania. – Jeśli stoją blisko przewodnika, odwracają głowy i patrzą w miejsce, o którym on opowiada, widać, że są zainteresowani. Ale jeśli na obrzeżach grupy tworzą podgrupki, ktoś pali papierosa, ktoś odchodzi na bok robić jakieś niezwiązane z wycieczką zdjęcia, mówimy, że przewodnik „nie schwycił grupy”. Najważniejsze jest pierwsze zetknięcie z grupą, jest mnóstwo sposobów, żeby zdobyć wtedy jej uwagę i przychylność – mówi pani Ania, po czym nieco teatralnym tonem zwraca się do nas jak do wycieczki, która właśnie wyszła z klimatyzowanego pomieszczenia na upalne ulice Wrocławia. Obiecuje ożywczy wiaterek podczas spaceru wzdłuż Odry, zacienione uliczki starówki i marszrutę od fontanny do fontanny. My kupujemy to od razu!

Oczywiście musimy radzić sobie z różnymi sytuacjami – kontynuuje pani Ania. – Musimy wiedzieć, jak się zachować, kiedy grupę na cel obrali na przykład żebrzący Romowie albo kiedy do grupy dołącza ktoś, kto usiłuje za wszelką cenę sprzedawać coś turystom. Wycieczkom tłumaczymy, że tłum przed piekarnią na pl. Bema jest spowodowany tym, że pieczywo tam sprzedawane ma niezwykłą renomę, jako wypiekane dawnymi metodami. Tak, aby nie wyjechali od nas z przekonaniem, że tego typu kolejki są u nas normą.

Czasami jesteśmy też sprawdzani! – dodaje Staszek. – Przodują w tym nauczyciele, którzy potrafią zadać nam pytanie, nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, ale żeby sprawdzić, czy odpowiemy zgodnie z ich wiedzą, czy może przyłapią przewodnika na błędzie.

Wycieczka po Wrocławiu powoli się kończy, ale naszą uwagę zwróciły dwie dziewczyny, które przez cały spacer notują zawzięcie i wymieniają między sobą jakieś uwagi. Okazuje się, że Karolina i Ania kończą kurs PTTK na przewodnika miejskiego i chcą pracować w tym niełatwym zawodzie. Obie deklarują swoją miłość do miasta i, podobnie jak Staszek, opowiadają, że zaczynały od oprowadzania po nim swoich przyjaciół. – Na takich spacerach zapewniamy sobie dodatkową wiedzę – mówi pewnie Karolina i pokazuje nam stronę w zeszycie z hasłowo zapisanymi notatkami z wycieczki.

Pani Ania dziękuje grupie za wspólny spacer, odpowiada na indywidualne pytania ludzi, którzy wcale jeszcze nie chcą kończyć naszej wyprawy w przeszłość. My też pytamy już na do widzenia, co jeszcze potrzeba mieć, żeby być przewodnikiem miejskim? – Trzeba być patriotą lokalnym – odpowiada pani Ania.

Poświęcić koniom życie

platan-4165

platan-4165

– Bolek, jesteś generałem! Jesteś genialny! – Mężczyzna potrząsa dłonią pana Bolesława nieco skrępowanego tymi gwałtownymi gratulacjami. Przed chwilą obserwowali, każdy ze swego miejsca na trybunach Wrocławskiego Toru Wyścigowego, zawody w skokach, w których udekorowano bliską mężczyźnie dziewczynkę, a jednocześnie zawodniczkę Ludowego Klubu Jeździeckiego „Platan” z Wrocławia. Klubu, którego założycielem, trenerem i duszą jest pan Bolesław.

Pan Bolesław usprawiedliwia się formalnościami związanymi ze startami w imprezie kolejnych wychowanek „Platana”, uwalnia się od dalszych gratulacji i szybkim krokiem zmierza ku organizatorom. Tymczasem w poczekalni dla zawodników, znajdującej się tuż za halą, w której odbywają się zawody, Tomek, syn pana Bolesława, przeprowadza ostatnie rozmowy motywujące ze swoimi podopiecznymi. Dziewczyny siedzą już w siodłach i czekają na ich kolej wjazdu na parkur. Obaj mężczyźni spędzą większość dnia na tym obiekcie sportowym, bo ich zawodnicy startują w praktycznie wszystkich kategoriach.

Zostałem niemal przypadkowo wybrany na prezesa Klubu Jeździeckiego Akademii Rolniczej, który mieścił się w Pawłowicach. Miałem blisko dom i okazało się, że potrzebują kogoś na to stanowisko – wspomina pan Bolesław. – Chodziłem tam codziennie i zabierałem ze sobą dzieci. Ola miała 7 lat a Tomek 3. Efekt był taki, że po roku oboje już ze mną galopowali. Oli przeszło, ale Tomek został do dzisiaj. Miał do tego dryg i cierpliwość, a to rzadka cecha u chłopców, bo jeździectwo jest często dla nich za nudne. Jeździł coraz lepiej. Był w kadrze narodowej juniorów i okazało się, że już mi się nie opłaca, żeby u kogoś jeździł, już taniej było mi trzymać swoje konie.

Przez pierwszych pięć lat pan Bolesław prowadził stajnię na spółkę ze swoim znajomym. Zdecydował jednak, że spróbuje szczęścia sam i rozpoczął budowę stajni we wsi Ramiszów, oddalonej tylko kilka kilometrów od centrum Wrocławia, nieopodal Lasu Zakrzowskiego. Poza stajnią Ludowy Klub Jeździecki „Platan” to dziś: przestronna ujeżdżalnia i 6 ha terenu przeznaczonego dla zawodników do jazdy konnej.

Pierwszym koniem był Poncz – mówi nam pan Bolesław. – Koń, którego Tomek dostał od wujka. To był konik rekreacyjny, wcześniej jeździły na nim dzieci, ale Tomek się do niego „przypiął” i po roku jeździł na nim Mistrzostwa Polski. Dało się! Ten koń zdechł w zeszłym roku. Mógł sobie staruszek pożyć jeszcze trochę, ale nieszczęśliwy wypadek to zmienił. Został kopnięty przez innego konia na pastwisku. Drugi był Platan, od którego klub wziął swoją nazwę. To był kapitalny koń sportowy i pierwsze sukcesy Tomek osiągał właśnie na nim. Potem kupiliśmy Urakę. Dziś ma już 15 lat i skończyła karierę. Teraz rodzi dzieci, właśnie będzie się źrebić. Kupić konia nie kupimy – przyznaje pan Bolesław. – Tyle mamy, co sobie sami wyhodujemy. Bez dobrego konia, to można sobie najwyżej zawody okręgowe we Wrocławiu pojeździć.

Stoimy przy padoku, na którym odbywa się lekcja skoków. Młoda dziewczyna w siodle raz za razem najeżdża na przeszkodę. Obok czujny pan Bolesław poprawia, zmienia układ przeszkody, instruuje zawodniczkę. – Dziewczyny mają cierpliwość – powiedział nam wcześniej pan Bolesław – inaczej niż chłopcy. Potrafią pięć lat „rzeźbić”, żeby raz wystartować. A jeden dobry przejazd trwa 75 sekund. Jeździectwo na pewno ma najgorszy ze wszystkich sportów przelicznik ilości godzin pracy włożonej w efekt końcowy – podsumowuje. – Ręka lewa poszła za głęboko! – rzuca w stronę uczennicy.

Często miałam treningi sama, albo tak, że były nas tylko dwie dziewczyny – mówi nam Ewa, jedna z wychowanek „Platana”. – Nie było ścisłego planu, przyjeżdżało się, kiedy miało się możliwości. Wystarczyło dzień wcześniej zadzwonić i przypomnieć, że następnego dnia się będzie. Pan Bolek zawsze wychodził do nas i robiliśmy pełen trening skokowy. Biegał, zmieniał cały czas ustawienie toru, rozszerzał zakres ćwiczeń, to z lewej, to z prawej strony. Bardzo fajne i ambitnie robione treningi, non stop w ruchu. To był pełnoprawny trening, nieraz indywidualny, z dużym skupieniem na konkretnym zawodniku, i to w cenie jazdy z karnetu! To ile to wychodziło? 30 zł? – Ewa sama nie dowierza swoim wyliczeniom.

Chcę uczyć, to jest moje nieszczęście. Uczę, nawet jak ktoś w danej chwili nie ma pieniędzy – uśmiecha się pan Bolesław. – Tomek się ze mnie śmieje, że jestem Matka Teresa z Kalkuty. Syn sam jest trenerem, niedawno zdał ostatnie egzaminy i posiada uprawnienia Polskiego Związku Jeździeckiego. Prowadzi tutaj kilka zawodniczek. Ze mnie się śmieje, a też pracuje za darmo. To rodzinne – kwituje. – Efektem są zawodnicy – podejmuje pan Bolesław. – To jest satysfakcja, kiedy na zawodach jestem w stanie do większości zwrócić się po imieniu, bo w ten czy inny sposób przewinęli się tutaj. Wielu zaczynało u mnie jazdę.

Pojedź mniejsze koło już teraz! – Czujne oko trenera dostrzegło błąd u zawodniczki trenującej na padoku. – Tak żebyś z łuku wjechała na te trzy drążki! Już go oprzyj na lewej wodzy i podciągaj prawo! Już, już, już! Nie jedź do końca placu!

– Jesteśmy klubem sportowym. Jesteśmy nastawieni na sport, ja trenuję od razu przyszłego olimpijczyka. Szlag mnie trafia, jak przychodzi dziecko, a ludzie uczą go jeździć rekreacyjnie. Byle jak, na długiej wodzy, na luźnych strzemionach, a ja się pytam, skąd się biorą sportowcy? Jeździec złapie złe nawyki, kupi sobie konia i powie, że chce jeździć, to co ja mu wtedy powiem? Przepraszam, uczyłem cię źle, zaczynamy od nowa? Jaki w tym sens? Tyle samo czasu spędzam na placu, ucząc źle i ucząc dobrze. – Pan Bolesław zamyśla się na chwilę. – Jeśli nawet zaczynamy od nowa, to pozostają złe nawyki. A kiedy do głosu dochodzą emocje w czasie jazdy, człowiek przestaje myśleć i włączają się przyzwyczajenia.

Żeby mnie nie kusiło na dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, u mnie każda jazda kosztuje tyle samo, nawet jeśli to trening indywidualny – zaznacza pan Bolesław. – To jest podejście systemowe. Mój syn, kiedy szykuje się do pucharu świata, też musi poczekać, bo ja mam jakieś dziecko na koniu. Ja po prostu lubię to robić. Urodziłem się, żeby być nauczycielem – wyznaje.

Przyszłam do stadniny na początku listopada – wspomina Ewa. – Po świętach już zaczęliśmy skakać! Oczywiście to były maleńkie przeszkódki, ale to typowe, że szybko dostaje się poważne zadania. Kiedy już umiesz zagalopować, no i znasz słynną jazdę w „półsiadzie” pana Bolka, zaczynasz skakać – śmieje się serdecznie.

Po studiach Ewa wróciła do swojego rodzinnego Międzyrzecza. Dwuletnia przygoda z „Platanem” ustawiła jej oczekiwania dość wysoko, dziś nie może znaleźć dla siebie miejsca w stadninach w swoich stronach. – Pan Bolek ciągle namawia mnie, żebym wracała do Wrocławia i zakładała tutaj własną działalność gospodarczą – śmieje się moja rozmówczyni. Dziś odwiedza stajnię tak często, jak to jest możliwe, przyjeżdża na święta i tradycyjne, „rodzinne” spotkania w „Platanie”.

W stajni, pomiędzy boksami koni ustawione są zastawione jedzeniem i piciem stoły. Przy nich z gitarą w rękach bryluje pan Bolesław, a w śpiewie dzielnie asystuje mu siostra. Razem zagrzewają liczne towarzystwo do zabawy. Wystarczy tylko sięgnąć po jeden z wydrukowanych specjalnie na tę okazję śpiewników i poczuć się częścią czegoś większego. Zresztą, chyba tylko my czujemy się lekko skrępowani, reszta biesiadników naprawdę jest u siebie.

Korzystamy z okazji, wypytujemy zebranych o stajnię, o metody nauczania, o wcześniejsze doświadczenia z jazdą konną. Pod nogami plączą nam się psy, niektóre miejscowe, inne przyjechały ze swoimi właścicielami. Co chwilę, któryś z koni zaczepia nas, trącając pyskiem, to znów próbując skubnąć za kaptur czy kitkę włosów. Chociaż termometr wskazuje na coś zupełnie innego, rozgrzewa nas gorąca atmosfera tego miejsca.

Biesiada ma się w najlepsze, gdy pojawiają się kolejni goście. Przyjaciele stajni, Wojciech Jarociński i Wacław Juszczyszyn z Wolnej Grupy Bukowina, witają się ze znajomymi i zasiadają do kolacji, a my wyczuwamy lekkie napięcie u zebranych. Czy nam zaśpiewają tak, jak oni tylko potrafią? Jednak już po chwili mężczyźni sięgają po przyniesione gitary i spełniają oczekiwania znajomych i przyjaciół ze stajni. A my cieszymy się możliwością uczestniczenia w prywatnym koncercie.

Kiedy w końcu żegnamy się z bywalcami stajni, jest już naprawdę późno, ale obiecujemy wrócić następnego ranka. Rano, gdy docieramy do „Platana”, nasi gospodarze są już w siodłach i jeżdżą po okolicy. Jesteśmy pod wrażeniem ich pasji, sami ledwo stoimy na nogach, a nie wiemy, jak długo trwała biesiada. Gospodarze na nasze pytanie odpowiadają tylko uśmiechem i machnięciem ręki.

Tomka zastajemy na padoku, przygotowuje się do treningu z jedną ze swoich podopiecznych. – Wszystko leży w tak zwanym wyczuciu jeździeckim – tłumaczy. – To trzeba i można wytrenować. Nie jeździmy tak, że konia cały czas ściskamy kolanami. Koń musi iść sam, a my na ułamek sekundy przykładamy rękę, łydkę, ściągamy, odpuszczamy, tak żeby dobrze zrozumiał nasze zamiary. – Tomek zna to wszystko z doświadczenia, niedługo minie 20 lat, od kiedy sam startuje w zawodach zarówno w Polsce, jak i za granicą.

Równie ważna, a czasem i ważniejsza, jest psychika – kontynuuje Tomek. – Trzeba umieć się postawić w sytuacji zawodników. Mnie pomaga w tym na pewno moje wykształcenie, jestem coachem sportowym. Trzeba zawodniczki motywować, nie podcinać im skrzydeł przed zawodami, nawet jeśli dostrzega się jakieś mniejsze błędy. W głowie jeździec musi mieć tę myśl, że wszystko pójdzie dobrze. Nawet wiedząc, że koń „zatrzymuje się na czerwonym”, mamy być przekonani, że skoczy i zrobi to dobrze.

Oprócz przygotowania ludzi na barkach trenera i opiekuna leży jeszcze obowiązek przygotowania zwierzęcia. – Koń jest jak dziecko, nie powie nam, co go boli i kiedy – tłumaczy Tomek. – Umiejętność przychodzi z doświadczeniem, naszymi wcześniejszymi próbami i błędami, uważną obserwacją i wyciąganiem wniosków. To jest szalenie ważne. Trafić z formą konia na najważniejsze zawody w roku, na Mistrzostwa Polski – podaje przykład Tomek. – To wcale nie jest łatwe. Mnie się to jeszcze w 100% nie udało. Koń potrafi być w znakomitej formie, a dzień przed zawodami okuleć.

Poza własną karierą sportową i pracą w „Platanie” Tomek jest jeszcze jeźdźcem w innej stajni, gdzie trenuje konie i startuje na nich na zawodach. – To ważne, żeby konie się pokazywały na zawodach – opowiada dalej. – Kupić konie to tylko początek i właściwie najłatwiejsza z rzeczy, na którą trzeba się przygotować.

Sam mówi, że zaczął jeździć z pasji. – Trochę nawet z mojej pasji – dorzuca, śmiejąc się pan Bolesław. – Jak będzie z tego dalej żył, to jeszcze oskarży mnie kiedyś, że to wszystko przeze mnie. – Siłą rzeczy nie robię nic innego. – zgadza się Tomek. – Kiedy człowiek stał się już na tyle rozwinięty umysłowo i emocjonalnie, żeby móc się zastanowić, czy jeździectwo i przysłowiowe „klepanie koni po zadach” na pewno są dobrą drogą życiową, to już był w tym tak głęboko, że orientował się, że niczego innego tak dobrze nie potrafi jak właśnie tego.

Wszyscy znajomi są koniarzami – wtrąca pan Bolesław. Tomek potakuje. – Jak spotykam się ze znajomymi to gadamy o koniach – zauważa. – Na to, co robimy z ojcem, trzeba poświęcić życie. To staje się sposobem bycia, codziennością. Od innych sportów można zrobić sobie przerwę, a z koniem się nie da. Nie ma świąt i wolnego, pracuje się siedem dni w tygodniu od rana do wieczora. W weekendy jeździ się na zawody, a w poniedziałek rano znów do pracy. Nie wszyscy, którzy chcą robić to co my, zdają sobie z tego sprawę. Ale mają długi czas przed sobą by się o tym przekonać – uśmiecha się Tomek.

Lewa ręka poszła za głęboko! – poprawia ćwiczącą zawodniczkę pan Bolesław. Dochodzi do nas, że chyba już za długo zajmujemy czas obu trenerom, dlatego wycofujemy się powoli, pozwalając na dokończenie treningu. Przy furtce żegnamy się jeszcze z Ewą, która wkrótce wraca do Międzyrzecza. Żałujemy, że mieszka tak daleko od tego miejsca. – Zawsze chciałam nauczyć się skakać – mówi. – Tu miałam okazję. Taki trener! – Ewie wyraźnie trudno się z tym pogodzić. – Fajny, otwarty człowiek, i bezpośredni. Jasne, nie wszystkim to musi odpowiadać – chichocze, kończąc myśl: – ale mnie jak najbardziej!

Czuwała nad nami opatrzność

lomzanka-3441

lomzanka-3441Na ulicy Ruskiej we Wrocławiu znajdujemy maleńką cukiernię „Łomżanka”. Wrocławianie znakomicie ją znają, jest tutaj od 1948 roku i słynie ze najsmaczniejszych pączków. To pamiątka po okresie naszej historii, o którym zwykło się mówić, że w sklepach był tylko ocet.

Jak nic nie było wokół, to towar szedł na pniu – wspomina pani Krystyna, właścicielka cukierni. – Tylko, że jednocześnie nie było z czego piec. Przydziały 100 kilogramów cukru, 200 kilogramów mąki na miesiąc były zbyt małe. Kolejka ustawiała się długa, daleko przed drzwiami. A my? Jak o piątej zaczynała się produkcja, to o dwunastej sklep był już zamknięty. Nie było czym handlować.

Rodzice pani Krystyny przyjechali do Wrocławia w 1946 roku. Pani Michalinie nie spodobało się to, co zobaczyła. Miasto było w gruzach, mimo to pan Leon szybko znalazł pracę w cukierni na ulicy Uniwersyteckiej, którą wkrótce przejął, gdy poprzedni właściciele postanowili wyjechać z Polski. Przed wojną rodzina pana Leona posiadała własną cukiernię w Łomży, prowadzoną od 1935 roku, ta jednak została zniszczona podczas działań wojennych w 1944 roku, a pan Leon został aresztowany i zesłany na ciężkie roboty w głąb Związku Radzieckiego. Wrocław miał być nowym domem i planem na przyszłość, kiedy rodzina odnalazła się po wojnie.

W 1948 roku udaje się dostać w używanie lokal przy ulicy Ruskiej. Słodycze wytwarzane na Uniwersyteckiej przewozili na Ruską na dużych blachach piekarniczych, wózkiem opłaceni uczniowie i studenci.

– W najlepszych okresach przewoziło się po 10 blach po 100 sztuk ciastek dziennie – wspomina pani Krystyna. – Teraz 100 sztuk ciastek deserowych schodzi przez cały tydzień.

Dzieci państwa Chalamońskich od najmłodszych lat pomagały w cukierni, co nie było niczym niezwykłym w tamtych czasach. Pani Krystyna jako najmłodsza z pięciu dziewcząt była nieco oszczędzana, ale przed świętami zawsze były potrzebne wszystkie ręce na pokładzie. Przygotowywało się wtedy paczuszki ze słodkościami, piernikowymi mikołajkami, cukierkami.

Tato był cukiernikiem i karmelarzem, robił cukierki – opowiada pani Krystyna. – Robił takie słodkie sople, lody jedliśmy michami. Dzieci z sąsiedztwa mówiły, idziemy do bramy. Do Chalamońskich. Zawsze wiedziały, że dostaną u nas coś słodkiego.

Niestety, władza w Polsce nie ułatwia życia rzemieślnikom, nazywanym w nowym ustroju, pogardliwie prywaciarzami.

Za Bieruta było fatalnie – wspomina pani Krystyna. – Nakładano na rzemieślników tzw. domiar, nadzwyczajny podatek o horrendalnej wysokości. Albo płacicie podatek, mówili, albo rezygnujecie z działalności i wtedy jest on anulowany. Tato nigdy się nie poddał, choć wokół padały zakłady. Twierdził, że jakoś damy radę, jakoś zapłacimy. Pracował za dwóch, zapożyczał się, jeśli to było możliwe. Za tą ciężką pracę i nerwy zapłacił życiem. Umarł w wieku 51 lat w 1960 roku.

Po śmierci męża pani Michalina myśli o zrezygnowania z interesu, ale przekonana przez rodzinę postanawia przejąć zakład na prawach wdowy, zatrudniając w nim mistrza cukierniczego. Jedna z sióstr pani Krystyny wraz z mężem, czeladnikiem cukierniczym zakładają później własną cukiernię, druga, pod okiem byłego ucznia pana Leona, sama sięga po mistrzostwo w fachu. We Wrocławiu pojawiły się trzy cukiernie związane z rodziną, lecz tylko ta jedna, na ulicy Ruskiej, dotrwa do dzisiaj.

Tymczasem po dojściu do władzy Gierka zostaje zdecentralizowana administracja i we Wrocławiu zaczyna dziać się źle. Naczelnik dzielnicy Stare Miasto doprowadza do upadku około sześćdziesięciu zakładów, odbierając lokale rzemieślnikom i oddając je w ręce zainteresowanych, gotowych uiścić odpowiednią łapówkę. Cukiernia zawiesza działalność i przez rok rodzina walczy o zwrot lokali na Uniwersyteckiej i Ruskiej. Udaje się to tylko częściowo. Zatrudniony przez rodzinę prawnik bez trudu udowadnia nadużycia lokalnych władz, niestety w międzyczasie pomieszczenia na ulicy Uniwersyteckiej zostają przekazane na powrót Uniwersytetowi Wrocławskiemu i ten nie zamierza już z nich rezygnować.

W maleńkim zakładzie na Ruskiej nie sposób wytwarzać takich wspaniałości jak w dużym warsztacie na Uniwersyteckiej, toteż od tamtego momentu cukiernia jest znana głównie z pączków i słodkich kubeczków. Zakład gnębiony jest jeszcze licznymi kontrolami sanitarnymi i sprawami w kolegium, ale dzięki wstawiennictwu przewodniczącego kolegium i samego prezydenta Wrocławia udaje się w końcu oddalić wszelkie zagrożenia.
Od 1975 roku już nic się nie dzieje – uśmiecha się pani Krystyna. – Czuwała nad nami jakaś, jak ja to mówię, opatrzność.

Kiedy umiera pani Michalina, pani Krystyna przejmuje zakład wraz z mężem, kapitanem żeglugi śródlądowej, który dla rodziny przekwalifikował się na cukiernika.

Nie wiem, czy mąż był szczęśliwy – zastanawia się pani Krystyna. – Umarł w 1995 roku w wieku 45 lat, zostałam sama z dziećmi. Dokupiłam piec i zaczęłam rozszerzać asortyment. Wtedy było już dużo rzeczy do kupienia na rynku, na samych pączkach by się nie uciągnęło.

Paweł oprowadza mnie po piekarni od zaplecza, to on zna się tutaj na produkcji. Pieczenie zaczyna się już o czwartej rano. Tak, aby pierwsi klienci, którzy pojawią się po godzinie ósmej, dostali świeże wypieki. Czego tu nie ma?! Mazurki, babki i babeczki, makowce, keksy, nawet znany ze Shreka Ciastek z jego lukrowanymi guziczkami.

Paweł studiował prawo, ale szybko mu się odwidziało i zmienił studia na historyczne o specjalizacji dokumentalistyka konserwatorska. Ale choć spróbował swoich sił w wyuczonym zawodzie, to zawsze powracały myśli o cukierni.

Ta cukiernia zawsze była furtką, że będę miał gdzie pracować. Jednocześnie mogłem spróbować innych rzeczy. Tu jest stałe źródło utrzymania, a w konserwacji, kończą się zlecenia i albo długo się czeka, albo jeździ się za pracą daleko domu.

Budzą się w nim wspomnienia:

W dzieciństwie zawsze nosiłem do szkoły pączki. Jak były imprezy urodzinowe, to moi koledzy u mnie składali zamówienia, a po szkole przychodziło się na Ruską – wspomina Paweł. – Ja byłem częścią tego miejsca. Czasami przychodziło się, aby po prostu pobyć z mamą i tatą. Kiedy tato zmarł, miałem 11 lat. Z mamą przychodziliśmy wieczorami przygotowywać wszystko do porannych wypieków. Zaczęło się praca na poważnie, przecież to było nasze jedyne źródło utrzymania. Jeśli sami byśmy o cukiernię nie zadbali, nikt by tego nie zrobił.

W Łomżance pracuje jeszcze rodzeństwo Pawła.

Wszyscy muszą pomóc, żebyśmy sobie jakoś radzili – tłumaczy pani Krystyna. – Oczywiście każdy w miarę swoich możliwości. Dzieci dbają o reklamę, również w Internecie, o wygląd witryny, ale najważniejsza jest jakość naszych wypieków. Jeśli ciastko będzie smakować, to się wróci po następne. Jeśli nie…

Paweł z żoną myślą o dziecku. Wie, że nie będzie naciskał na nie, aby został cukiernikiem, choć na pewno będzie przyprowadzał go do swojej pracy. Sam nie ma dyplomu, choć myśli o egzaminie czeladniczym.

Umiem piec. Teraz można pomyśleć, żeby mieć na to papier – śmieje się.
Nigdy nie wiadomo, jak się życie potoczy – dodaje pani Krystyna. – Może lepiej takie umiejętności udokumentować. To nie tylko sentyment, ale również myślenie praktyczne.

Na chwilę zawiesza głos i kontynuuje:

Nie celebruje się tradycji czeladniczych, a szkoda.. Kiedyś to był zakład rzemieślniczy, a teraz… działalność gospodarcza.

Nad wejściem do piekarni dumny napis głosi „Łomża 1935”. Dla pana Leona i pani Michaliny to było miejsce, skąd pochodzili i gdzie chcieli zostać pochowani po śmierci. Pani Krystyna czuje również ogromny sentyment do tego miejsca na mapie Polski i twierdzi, że pochodzą stamtąd wspaniali ludzie. Paweł, choć jeździ na groby dziadków do Łomży, sam czuje się już stuprocentowym wrocławianinem i nie zamieniłby tego miasta na żadne inne miejsce na ziemi. Rodzinny zakład ma już 80 lat, to wspaniała liczba, ale Paweł po cichu liczy, że będzie mógł kiedyś powiedzieć, że jest ważną częścią wspaniałej, stuletniej tradycji.

Nie każdy będzie artystą

reportaz_8-(26-of-26)

reportaz_8-(26-of-26)Gdybyśmy do tego płynu włożyli czysty papier, nic by się nie stało. Jednak na naszym materiale jest tak zwany obraz utajony i my musimy go ujawnić w wywoływaczu – mówi pan Jacek. Agnieszka, słucha go z uwagą, ale na jej twarzy maluje się niepewność. Obcowanie z fotografią tradycyjną na początku ma w sobie coś z alchemii, to połączenie na wpół niezrozumiałych recept chemicznych z wiedzą fizyczną, którego efektem jest najprawdziwsza magia. – Są różne wywoływacze – tłumaczy dalej pan Jacek, nie wiadomo który raz w życiu. – W zależności od filmu i wymaganego stężenia musimy dobrać do naszej pracy odpowiedni. Ten nazywa się R09, jest niemiecki i bardzo wygodny, bo jednorazowy.

Do pracowni fotograficznej Młodzieżowego Domu Kultury przy ulicy Kołłątaja 20 we Wrocławiu próbowaliśmy dostać się już wcześniej, kiedy w ogólnokrajowej prasie przeczytaliśmy, że można się tutaj wiele nauczyć o szlachetnych technikach fotograficznych. Niestety okazało się, że – zresztą zgodnie z nazwą placówki – jesteśmy już zbyt dorośli, aby móc uczestniczyć w zajęciach. Jednak teraz, w ramach przygotowywania reportaży do „Mostu ponad czasem”, nadarzyła nam się sposobność zagoszczenia w tym niezwykłym miejscu. Oczywiście natychmiast z niej skorzystaliśmy.

W czasach niepodzielnie królujących cyfrówek miejsca takie jak te niemal już nie istnieją. Zainteresowanie fotografią klasyczną zdecydowanie zmalało, wobec czego MDK musiał odpowiedzieć na pytanie, czy zmienić charakter pracowni. Na szczęście odpowiedź brzmiała: nie. Tradycja wygrała.

Nie bez kozery można mówić o Tradycji. Pracownię założyła w 1955 roku uznana nie tylko w Polsce, ale również na arenie międzynarodowej, Bożena Michalik, artystka fotograf, członkini słynnego Lwowskiego Towarzystwa Fotograficznego i współzałożycielka Wrocławskiego Towarzystwa Fotograficznego, a także grupy twórczej „Podwórko”. W 1995 roku Wiesław Śmigielski, fotograf i autor wielu znanych książek o sztuce fotografii, ściągnął do pracowni pana Jacka, który pozostał w niej do dziś i teraz to on jest za nią odpowiedzialny.

Kiedy w 1974 roku trafiłem do Wrocławia, pracownia była już znana – wspomina z sentymentem pan Jacek. Energicznie gestykulując, opowiada, jak wielkim zainteresowaniem cieszyły się kursy fotografii, gdy rozpoczynał pracę w MDK. – Dzisiaj jest trudniej, mniej chętnych – stwierdza pan Jacek. – Kiedy uczniowie dowiadują się, że na efekt trzeba poczekać, że trzeba się czegoś nauczyć, zrozumieć, wiedzieć co nieco o fizyce, świetle, optyce, potrafią się zniechęcić. – Ruchem głowy wskazuje na pracujących, młodych ludzi i dodaje: – Ci moi są wyjątkami.

Agnieszka stoi nad ciemniowym zlewem, obserwując, jak pan Jacek ustawia stoper w telefonie, wedle wskazań którego adeptka przystąpi do wywoływania swojego pierwszego filmu. – Teraz uważaj – poucza pan Jacek. – Przez pierwszą minutę musisz tak poruszać korexem (puszką do wywoływania filmów), aby wywoływacz na całym filmie równomiernie się rozprowadził. Potem co minutę robisz 2-3 ruchy i odstukujesz mocno, żeby pozbyć się piany. Jeśli nie będziemy tego robić, film może wywołać się w różny sposób na górze i na dole. Zaczynasz! Pan Jacek wychodzi, zostawiając Agnieszkę samą z jej zadaniem, ale po chwili słyszymy, że prosi Piotra, aby w razie potrzeby pomógł początkującej koleżance.

Piotr pochodzi z Częstochowy. Jeszcze w liceum zaczął robić zdjęcia lustrzanką. A kiedy przeprowadził się do Wrocławia na studia, postanowił, że zacznie zajmować się fotografią nieco poważniej niż dotychczas. Na pierwszym roku zorientował się, że nauka fotografii cyfrowej będzie kosztowna, nie miał też zamiaru rozpoczynać drugiego kierunku studiów na jednej z wrocławskich uczelni fotograficznych. Wtedy trafił do MDKu. – Przyszedłem jakoś wiosną – wspomina Piotr – już w trakcie semestru. Od razu mi się spodobało, ale nie było przyjęć i musiałem czekać. To było dwa i pół roku temu. Nadal fotografuję aparatem cyfrowym, zwłaszcza jeśli chodzi o zdjęcia użytkowe. Fotografia tradycyjna wymaga znacznie więcej pracy. W mieszkaniu nie mam ciemni, tym chętniej spędzam dużo czasu tutaj.

Za moich czasów – zaczyna opowiadać pan Jacek z porozumiewawczym uśmiechem: – podchodziliśmy do wiedzy, techniki i sprzętu niemal „na klęczkach”. Nie było wyższych szkół fotograficznych. Ciężko było o materiały edukacyjne, najczęściej radzieckie, gdzie najpierw trzeba było przerzucić strony z propagandą komunistyczną nim w ogóle docierało się do wnoszących coś tekstów. Mam całe zeszyty o pożółkłych stronach zapisanych tłumaczeniami i efektami własnych doświadczeń. Receptury, wskazówki, wiedza tak praktyczna, że aż dotykalna. Najsmutniejsze jest to, że dzisiaj coraz częściej, nawet jeśli podyktuję coś do zanotowania, muszę wciąż to powtarzać.

Ja zawsze mówię na wykładach – podejmuje pan Jacek – wy macie prawo nie wiedzieć, ale ja nie mogę. Nie zdarzyło mi się, żebym na zadane pytanie nie znalazł odpowiedzi. Wystarczy trochę pogłówkować, odwołać się do wiedzy, którą się już posiada, pomysłowości. Myślenie, analizowanie, to coś, czego chciałbym ich nauczyć – podsumowuje.

Agnieszka cierpliwie porusza korexem i co klika chwil zerka na zegar, czekając, aż upłynie czas potrzebny do wywołania filmu. – Tydzień temu byłam pierwszy raz – zwierza się. – Chodziłam do gimnazjum naprzeciwko i MDK był mi dobrze znany, przychodziłam tutaj na inne zajęcia. Teraz mam rok maturalny, nie wiem, gdzie pojadę na studia, więc pomyślałam, żeby wykorzystać, że jest takie miejsce we Wrocławiu. Nie jest drogo, a później nie wiem, czy będę mogła przychodzić. Do tej pory robiłam amatorsko zdjęcia cyfrowe, ale byłam też na obozie fotograficznym, czytałam książki. Jakąś styczność z fotografią miałam.

Oglądamy z zaciekawieniem całą pracownię, zaglądamy do każdego kąta dwóch ciemni, przeglądamy prace uczniów. – Zrobiliśmy dwa remonty pracowni – mówi pan Jacek. – Wszystkie powiększalniki zawijaliśmy w folię, wymienialiśmy linoleum, malowane były ściany. Teraz, jakby się przejść, to wiele mebli, przedmiotów jest moich. W domu już niepotrzebne, a w pracowni bardzo się przydają. Tutaj pół życia jest mojego. – Zamyśla się. – Wiecie, co to są przydasie? – Bierze do ręki niewielki moździerz. – Stoją tu wszędzie na półkach. To różne przedmioty, które raz na miesiąc, raz na rok, okazują się przydatne podczas fotografowania. Czy to jako część scenerii, czy do wyrabiania gumy arabskiej. – Stuka kilka razy tłuczkiem o dno naczynia szeroko uśmiechnięty.

Wszyscy gromadzą się nad korexem, z którego pan Jacek wyjmuje wywołaną, utrwaloną i wypłukaną błonę filmową. Czas zobaczyć, czy wszystko poszło zgodnie ze sztuką. – Film może nierównomiernie wysychać. – Rozpoczyna się kolejna część lekcji. – Mogą zostać zacieki, jest podatny na uszkodzenia mechaniczne, będzie się elektryzował, przyciągał kurz. Żeby równomiernie wyschnął, używamy roztworu Agetonu, pięć mililitrów na litr wody, wlewamy odczynnik do filmu, aby zmniejszyć napięcie powierzchniowe, i teraz wieszamy do szafy. Do dalszej pracy nad filmem będzie można wrócić po jego pełnym wyschnięciu, czyli dopiero za kilka godzin.

Kasia i Iza przygotowują w ciemni powiększalniki i kuwety z odczynnikami. Jak na grupę zaawansowaną przystało, czekają na nie nieco bardziej skomplikowane zadania. Tydzień temu, naniosły na kartki papieru i deseczki płynną emulsję fotograficzną. Dzisiaj na tych materiałach wykonają odbitki. Pomimo że dla laika brzmi bardzo profesjonalnie, dziewczyny wciąż czują, że są na początku swojej drogi.

Mam nadal problem z robieniem ludziom zdjęć – przyznaje się Iza. – Moi znajomi są bardzo mało cierpliwi, a ja jako początkujący fotograf potrzebuję nieco więcej czasu, zanim dojdę do tego, czego chcę. Podchodzenie do obcych też odpada. Ja czuję się nieswojo, a oni jeszcze bardziej. Ale Kasia robi już zdjęcia modelkom! – Szybko zmienia temat. – Na razie wychodzę w plener z ludźmi – prostuje Kasia. – Ale nie wiem, czy to jest to, co będę robić. Kiedy na wystawie w Berlinie oglądałam zdjęcia Helmuta Newtona, bardzo mi się podobało, ale na razie poszukuję, robię różne rzeczy. Moi znajomi wiedzą, że fotografuję analogowo. Jestem trochę dziwakiem w moim otoczeniu – śmieje się Kasia. – Nie dziwakiem, tylko jesteś wyjątkowa – oburza się pan Jacek. – Dzisiaj ludzie chcą być wyjątkiem – kwituje filozoficznie Piotr.

Tu już trochę ludzi wyszło spod mojej ręki. – Pan Jacek zamyśla się na chwilę i kontynuuje: – Polecieli gdzieś w świat. Mam z nimi kontakt na Facebooku, wiem, czy dostali się do szkoły fotograficznej czy filmowej. Raz na jakiś czas zdarza się miłe spotkanie z moimi wychowankami, a to na wernisażu, a to wpadają do pracowni.

– Uczę technik, których raczej nie użyjecie dzisiaj w zawodowej pracy – wyjaśnia pan Jacek. – Podstawy pracy w ciemni, rozlewanie emulsji, guma dwuchromianowa, fotografia otworkowa. Moim celem jest pokazanie, jakim bogatym medium artystycznym jest fotografia. Tutaj przychodzą młodzi ludzie i, umówmy się, jest bardzo mało czasu na wszystko, a oni czegoś szukają w swoim życiu. Ilu z nich zostanie artystami?

Pytanie zawisa w powietrzu.

Wystarczy mieć marzenie?

mosty_reportaz07-7950

mosty_reportaz07-7950Gdzieś pośród bloków dawnego osiedla wojskowego, pomiędzy ulicami Czajkowskiego a Koszarową we Wrocławiu, przycupnęła sobie niewielka kwiaciarnia. To cel naszej popołudniowej wizyty. Dziś lata, gdy była lokalnym centrum towarzyskim, są już przeszłością, którą wspominamy razem z właścicielką, panią Anię.

Kiedyś wszyscy tu się znaliśmy, można by wręcz powiedzieć, że się przyjaźniliśmy. Były spotkania wieczorami, jeśli nie tutaj, to u kogoś w mieszkaniu. Tamto sąsiedztwo zaczyna znikać, mniej jest wojskowych, jest duża rotacja, ludzie umierają – mówi nam pani Ania. – Chociaż czasem na wiosnę siadamy sobie w kameralnym towarzystwie z kawką na ławeczce. Tutaj zaraz obok ogródka z kwiatami, który zrobiłam – dodaje.

Mieszkam niedaleko. – Wskazuje na pobliski blok nasza gospodyni, jednocześnie parząc dla nas herbatę. – 32 lata w tym miejscu. Ale jestem wrocławianką, więc wcześniej w też samym mieście, tyle że za dworcem głównym. To tam przyszła do mnie sąsiadka i zaproponowała, żebyśmy otworzyły kwiaciarnię. Przenosili nas z miejsca na miejsce, w końcu wylądowałyśmy tutaj i zaczęła się budowa. Zanim skończyłyśmy, sąsiadka wycofała się, więc zaczęłam prowadzić kwiaciarnię sama.

Razem z naszym ciekawskim okiem aparatu zaglądamy we wszystkie zakamarki kwiaciarni. Kolorowo tu, radośnie i ciepło. Za to ostatnie odpowiada mały piecyk, przy którym ustawiony jest fotel pani Ani, a obok niego leżą nieodłączne krzyżówki. Czymś trzeba zająć się w oczekiwaniu na klienta. Pomiędzy doniczkami i wazonami z kwiatami nasza gospodyni ma bardzo wygodny punkt obserwacyjny. Z zewnątrz wygląda to jak okienko uplecione z żywych kwiatów.

Gdy zaczynałam były tu niedaleko koszary rosyjskie i wielu Rosjan kupowało tu kwiaty – opowiada pani Ania. – To byli specyficzni klienci. Dla nich najpiękniejsza różna była taka zupełnie rozwinięta, taka, która nie postoi już długo. Za pierwszym razem nie mogłam zrozumieć, o co chodzi, dopóki klient wskazał na jeden z tych zupełnie otwartych kwiatów i powiedział: „Daj mnie tą bolszą!”. Innym razem przyszedł do mnie mężczyzna, wojskowy, i zapytał, czy ja pamiętam, że on był moim pierwszym klientem? To było bardzo miłe. Wojsko to dobry odbiorca, te wszystkie wiązanki okolicznościowe, bukiety składane pod pomnikami – rozmarzyła się pani Ania.

Pod kwiaciarnię zajeżdża na rowerze Gosia, uwalnia spod czapki burzę włosów i z szerokim uśmiechem wchodzi do środka. Obie panie nie widziały się od dłuższego czasu, więc jesteśmy świadkami ciepłego powitania i wymiany nowinek o rodzinie, wspólnych znajomych, przeprowadzkach i zmianach pracy.

… no i w czerwcu będzie wesele – kończy kolejny wątek Gosia.
Będziesz robić bukiet? – pyta pani Ania.
Myślę o wszystkim, wystroju sali, bukiecie.
Ale kto bierze ślub, Michał? – upewnia się pani Ania.
Nie! Ja biorę! – prostuje Gosia.
Ty bierzesz ślub?!
Tak!
– Ale super!!!

Pani Ania zaskoczona informacją cieszy się szczęściem młodszej przyjaciółki. Pozwalamy naszym bohaterkom jeszcze przez kilka minut nadgonić zaległości i wracamy do przepytywania.

Gosia, będąc małą dziewczynką, często spędzała czas w kwiaciarni „cioci Ani”. Chociaż panie nie są spokrewnione, to tak się już przyjęło zwracać do sąsiadki, która chętnie opiekowała się dziećmi pod nieobecność rodziców.

Nic się tu nie zmieniło –zauważa z zachwytem Gosia – tylko ja byłam mniejsza.A pamiętasz jeszcze czasy, gdy sprzedawałam kwiaty przez okienko? Już nie? Tu były drzwi, a tu okienko – wskazuje pani Ania. – Potem to przerobiliśmy tak, jak jest teraz.

Rodzice Gosi byli sąsiadami pani Ani. Z czasem okazało się, że mają wspólnych znajomych i w ten sposób narodziła się bliższa znajomość. Gosia nieraz spacerując z dziadkiem, wstępowała do kwiaciarni.

Dziadek pomógł mi rozwinąć miłość do kwiatów. Zawsze pielęgnował swoje róże, a ja uwielbiałam spędzać z nim czas w ogródku, przesadzać kwiatki – wspomina Gosia. – Moja mama przyprowadzała mnie tutaj – mówiąc, zatacza palcem kółeczko, jakby próbując w tym ruchu zamknąć całą kwiaciarnię. – Albo wpadałam po szkole sama. Wiązałam kokardki, układałam bukieciki. Jak mama po mnie przychodziła, to często wcale nie miałam ochoty stąd wychodzić. 

Pamiętasz jak to się wtedy robiło? – pyta pani Ania i zachęca. – To zrób tak, jak cię uczyłam. Gosia myśli przez chwilę, po czym wracają dawne odruchy. – Tak – mruczy do siebie – teraz tak i drugi ogonek. Dziś już się tego tak nie robi. Obie kwiaciarki uśmiechają się porozumiewawczo.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że tu u mnie jest takie miejsce, że ja jestem „publiczna” – śmieje się pani Ania. – I dzieci tu mam pod opieką, jeśli ktoś zadzwoni z pracy, prosząc, żeby dziecko z przedszkola odebrać. Albo jeśli ktoś musi gdzieś pojechać, to też tu zostawi. A to przesyłkę odbiorę, klucze przechowam. Choć dzieci już nie zostawiają – zamyśla się nasza bohaterka – pokolenie się zmieniło i teraz mieszkają tu już głównie dziadkowie. Zawsze byłam taką ciocią Anią. Dzieci mi mówiły, jak urosnę to przyjdę tu i będę pracować.No i nie przyszłam. – Gosia oblała się pąsem. – Ale kto wie?

Niedawno skończyła studia z Ochrony Dóbr Kultury, a po nich zapisała się na roczny kurs florystyczny. – Pomyślałam, że po studiach czas zrobić coś dla siebie. Coś, co od dawna we mnie siedziało – tłumaczy nam. – Trafiłam do szkoły, gdzie pracuje się na żywych roślinach, co niestety wcale nie jest regułą. Oprócz zajęć praktycznych mieliśmy dużo wykładów o gatunkach kwiatów, materiałoznawstwie we florystyce. Bardzo dokładnie sprawdzano nam coś, co profesjonalnie nazywa się „czystością związania”.

Świat i realia zmieniły się przez te wszystkie lata. – Za moich czasów nikt nie słyszał o czymś takim jak florystyka – wspomina pani Ania. – Byłam po prostu kwiaciarką. Mój pierwszy wieniec zrobiłam na pogrzeb w rodzinie, bratowa mi pomogła. Rozwijałyśmy zamknięte pąki goździków, a potem i tak nie do końca przypominało to wieniec. Jednak z czasem człowiek powoli nabywa doświadczenia i wszystkiego się uczy. Kiedyś lepiej handlowało się kwiatami – znowu rozmarza się pani Ania. – Na przykład 8 marca to było prawdziwe święto i w ten dzień można było naprawdę bardzo dużo zarobić. – Nie to co dzisiaj – uzupełnia Gosia. – Kiedy na walentynki kupuje się bukiecik za kilka złotych w Lidlu.

Gosia, gdy pytamy o dalsze plany związane z kwiaciarstwem, nieco się zasępia. To wcale nie jest takie proste. Można pracować gdzieś po znajomości, ale często lepiej założyć własną kwiaciarnię. Jednak pasja zaszczepiona w dzieciństwie ma się całkiem dobrze. Póki co Gosia pracuje w innym miejscu i zastanawia się, jak odłożyć pieniądze na coś własnego. Od czasu do czasu składa wiązanki, plecie świąteczne wianuszki dla przyjaciół i rodziny, stara się samodzielnie zgłębić tajniki niełatwej sztuki wyceny zleceń.

Zrobiłabym prywatnie zlecenia – tłumaczy – ale byłby problem na przykład z dostaniem kwiatów. – Poza tym – dodaje pani Ania – mając kwiaciarnię, można wziąć więcej materiału i nie przejmować się nadwyżkami, później wykorzystuje się je w regularnej sprzedaży. Prywatnie, trzeba by się było liczyć ze stratami.

Żegnamy się z Gosią, kiedy wskakuje na rower i wraca do swoich zajęć. Ma jeszcze dużo planów na ten dzień, ale obiecuje wstąpić do kwiaciarni, aby naradzić się z panią Anią w sprawie kwiatów na własny ślub.

Kiedy zaczynałam miałam trzy rodzaje kwiatów. Goździki, gerbery… i co jeszcze? – zamyśla się pani Ania. – Dziś trzeba mieć pełno kwiatów, ogromny wybór tak, aby oczarować klienta i mieć to, po co przyszedł. Są wyższe szkoły florystyczne. Kiedyś wystarczyło mieć marzenie i po prostu stworzyć coś.

Mamy nadzieję, że i Gosi uda się stworzyć coś niepowtarzalnego. Szkoda byłoby tej miłości do kwiatów wyniesionej z dzieciństwa, z rodziny, z miejsc pełnych ciepła takich jak kwiaciarnia pani Ani.

Dom nie tylko z nazwy

mosty_reportaz_06_a01

mosty_reportaz_06_a01

Na scenie zły Herod nie chce dopuścić do nadejścia nowego króla żydowskiego. Anioł wieszczy mu rychłą śmierć. Król ze wschodu przybywa do stajenki, aby złożyć dary narodzonej dziecinie, ale Maryja, matka Chrystusa ciut za wcześnie postanowiła zejść za kulisy. Piesek i wołek, radośnie brykający wokoło, pomagają jej i Józefowi wrócić na miejsce i odśpiewać kończącą jasełka kolędę. W rolę żałośnie beczącego wołka wcieliła się Magda, pracownica Domu Pomocy Społecznej dla osób niepełnosprawnych intelektualnie prowadzonego przez Fundację Przyjazny Dom im. Stanisława Jabłonki we Wrocławiu.

Magda prowadzi zajęcia terapeutyczne w pracowni teatralnej Przyjaznego Domu, sama zaś jeszcze studiuje. Właśnie kończy ostatni rok reżyserii na wrocławskiej PWST, ze specjalnością teatr lalek. – To pierwsza taka moja praca – mówi. – I przyszłam do niej z niewielką świadomością tego, jak będzie ona wyglądała. Miałam przeczucie, że sobie z tym poradzę, odnajdę się, i przekonałam się na miejscu, że tak właśnie jest. Fascynuje mnie poszukiwanie wspólnego języka z każdą osobą. Z każdą innego. Strasznie mnie to pociąga, daje radość i satysfakcję, a jednocześnie jestem zaskoczona, jak bardzo się tu reżysersko rozwijam. Muszę dobierać inne metody pracy niż ze studentami aktorstwa w szkole teatralnej, w bardziej prosty sposób muszę komunikować pewne rzeczy.

Kiedy ucichły oklaski i opadła kurtyna w największej sali goszczącego nas Przyjaznego Domu, można było przejść do następnych części spotkania opłatkowego, na którym zgromadziły się rodziny pensjonariuszy, oni sami, goście specjalni i oczywiście personel. Jest czytanie fragmentu z Biblii, wspólna modlitwa, przemowy, oglądanie filmów nagranych niedawno w Domu, no i oczywiście nieodzowny poczęstunek i rozdawanie prezentów.

Pomiędzy gęsto ustawionymi stołami przemyka Marta z aparatem fotograficznym, skrupulatnie wszystko dokumentując. – Pracuję tutaj rok i dwa miesiące – opowiada – wcześniej byłam na wolontariacie. Skończyłam architekturę krajobrazu, ale już pod koniec studiów odkryłam, że to nie jest to, co chcę robić. Wolontariat? Wiązał się z potrzebą serca, chciałam pomagać. Pracowałam w różnych pracowniach z dziećmi, a potem zapytano mnie, czy nie wybrałabym się na wyjazd wakacyjny, a że miałam wolny czas… Kiedy w listopadzie przyszłam odwiedzić Dom, zapytali mnie, czy nie chciałabym przyjść na dwa miesiące na zastępstwo. Zastępstwo się przedłużyło i tak jestem tu.

Wolontariat podzieliłbym na dwie kategorie – mówi nam pan Zbigniew Kobyłecki, dyrektor Przyjaznego Domu. – Jedna to ludzie posiadający jakieś kompetencje wymagane do pracy, praktykujący u nas, studiujący kierunki mające związek z opieką nad osobami niepełnosprawnymi. Tacy ludzi związują się jakoś z nami i wracają później pracować lub wspomagać nas w różnych sytuacjach. Druga grupa to wolontariusze, najczęściej młodzi, którzy nie posiadają wystarczających kompetencji, abyśmy mogli powierzyć im profesjonalne zadania opiekunów, pomagają nam najczęściej przy różnych akcjach, kiedy każda para rąk się przyda.

Talerze z kolejnymi daniami pojawiają się na stołach i znikają. Sam pan dyrektor pcha wózek, na którym stoi gar z barszczem, Marta pomaga podopiecznym, a Magda, która jeszcze przed chwilką była wołkiem ze stajenki, roznosi oszałamiająco pyszne krokiety z kapustą i grzybami. – Staramy się zastępować siebie nawzajem, kiedy jest taka potrzeba, pomagać sobie, nie czekać aż ktoś nam zleci jakieś zadanie, tylko być uważnym, wypełniać te luki, które widzimy, odpowiadać na zadania, które się tu i teraz pojawiają – mówi Magda.

Kiedy wracamy do Przyjaznego domu po kilku dniach, nie ma już świątecznego harmidru. Martę znajdujemy w jednym z pokojów na piętrze, gdzie segreguje pranie swoich podopiecznych. Możemy zająć jej trochę czasu i spokojnie porozmawiać. – Moje obowiązki? Wszystko czego potrzebują podopieczni, od porannej toalety, przez pomoc przy posiłkach, robienie prania czy rozwieszanie go. Wszystko z czym nie radzą sobie, albo radzą sobie w mniejszym stopniu, i trzeba im z tym pomóc – tłumaczy. – Ja nie czuję, że to praca, robię to z tak dużą przyjemnością, mimo że niektórzy się śmieją, pytając, czy do końca życia będę „zmieniać pampersy”? Mój tato nie mógł tego zrozumieć przez jakiś czas, myślał, że będę pracować w zgodzie ze swoim wykształceniem. Kiedy mu powiedziałam, że po pierwszym dniu mojego wolontariatu byłam tak szczęśliwa i radosna, że w drodze do domu sama dla siebie kupiłam kwiatki, było już łatwiej. A dzisiaj? Zaczęłam podyplomowe studia związane z edukacją i rehabilitacją osób niepełnosprawnych. Nie wiem jeszcze, czy będę w przyszłości chciała pracować na zasadzie opieki nad niepełnosprawnymi czy ich rehabilitacji, ale już nie wyobrażam sobie nie pracować w tym zawodzie.

Marta odkłada posegregowane pranie i rusza w kierunku pokoju personelu, gdzie stoi dumny ekspres do kawy. – To czas na kawę dla pana Jacka – tłumaczy. Wspinamy się powoli po schodach, aby nie uronić ani kropelki oczekiwanego przez pana Jacka napoju. – Wszyscy po trochu tworzymy tutaj domową atmosferę. 24 podopiecznych to niewiele, dzięki temu wystarczy kilka dni, czy nawet kilka godzin, i każdą osobę możesz poznać po imieniu, dowiedzieć się, co lubi, a za czym nie przepada. Wiesz, o czym można z nią porozmawiać, ale co najważniejsze, jest na to wszystko czas w ciągu dnia pracy – wyjaśnia Marta.

Słuchając Marty i obserwując ją, z łatwością wyobrażamy sobie jej początki z wolontariatem i chwile szczęścia wyrażone kupnem kwiatów. Przypominamy sobie, co o akcjach wolontariackich opowiadał nam jeszcze dyrektor Przyjaznego Domu. – Taką fajną akcją było na przykład nasadzanie roślin w ogrodzie, wtedy korzystaliśmy z pomocy wolontariuszy ze szkół, którzy się świetnie sprawdzili! – wspomina pan Zbigniew Kobyłecki. – Potrzebna była bardziej pomoc fizyczna, nie zajmowanie się naszymi mieszkańcami, ale kontakt nawiązany podczas wspólnej pracy to bardzo cenne doświadczenie. Ubogaciło ono życie naszych mieszkańców, a dla młodzieży było to coś w rodzaju formacji życiowej. Jeśli człowiek nie ma możliwości spotkania się z osobą niepełnosprawną umysłowo to się boi, nie wie jak z nią rozmawiać. Wspólna praca te bariery przełamuje i to już zostaje na całe życie. Mamy nawet projekt ze środków unijnych – dodaje – który polega na edukowaniu młodzieży w przełamywaniu wszelakich barier. Metodą na to ma być wspólne przebywanie. W ramach tego programu organizujemy różne wyjścia do takich miejsc, jak kina, teatry, muzea, czy choćby do kręgielni. Staramy się, żeby to było atrakcyjne, jednak najważniejszy jest ten wspólny czas przebywania i przeżywania.

Tymczasem za zasuniętą kurtyną odbywają się warsztaty terapii zajęciowej pracowni teatralnej. Już z daleka słychać śmiechy i pohukiwania grupy aktorskiej. Zaglądamy przez otwarte drzwi i widzimy profesjonalną rozgrzewkę. Magda stoi przed swoimi podopiecznymi i komenderuje. – Pocieramy ręce, przykładamy do twarzy! Robimy masaż głowy, burzymy fryzury! Miętosimy policzki! Kręcimy koła! I w drugą stronę! Żujemy miętówkę! Uśmiechamy się, szeroko! Grupa wykonuje kolejne polecenia. Teraz przyszedł czas na ćwiczenie aparatu mowy. – Powtarzamy za mną! Rrrrrrr, rrrrrr, rrrrrr. Prrr Prrrr prrr. Teraz samogłoski. Aaaa Eeee Iiiii Ooooo Uuuuu Yyyy. Mraaa Mreee Mriii Mrooo Mruu Mryy. Plaaa Pleee Plii Ploo Pluuu Plyy. A teraz trudniejsze! A kto to tutaj tak tupie! To tato tutaj tak tupie. Piter zacina się na trzeciej sylabie, za to pan Krzysztof poleciał jak automat. – Tatatatatatatata! Pani Asia zanosi się śmiechem. Właściwie, to wydaje się, że przez całe zajęcia nie przestaje się śmiać, zarażając swoim pogodnym usposobieniem innych.

W ośrodkach przygotowujemy spektakle wspólnie – tłumaczy Magda, kiedy pytamy o rolę wołka. – Ja jako osoba prowadząca grupę występuję zresztą na scenie. Moja rola jest taka, żeby zorganizować uczestników, podpowiadać im teksty jeśli zapomną, dodawać im przede wszystkim otuchy. Występując razem z nimi, pokazuję jednak przede wszystkim, że jestem częścią zespołu, że jesteśmy wszyscy na tych samych zasadach na scenie, jako artyści. Magda śmieje się kiedy wytykamy jej, że rola wołka nie jest na tym samym poziomie, co anioła, Heroda czy Dziewicy Marii. – Tak, to też jest ważne dla grona terapeutycznego, żeby wyeksponować osoby niepełnosprawne intelektualnie, a siebie postawić gdzieś w cieniu, żeby oni czuli się w tych momentach najważniejsi. Staramy się ponadto „wydobywać” osoby, które są znacząco starsze od nas, a są na tyle sprawne i samodzielne, by móc jako dojrzalsze zafunkcjonować w grupie. Do pana Włodzimierza, na przykład, podczas zajęć grupowych często zwracamy się z pytaniem o zdanie, o radę, tak aby zaistniał w świadomości wszystkich jako osoba, której winniśmy okazywać szacunek, ze względu na wiek i bagaż doświadczeń.

Czasem mam wrażenie, że nasi mieszkańcy opiekunów traktują odrobinę na zasadzie rodziców – mówi nam Marta. – To może głupio brzmi, kiedy między nami jest na przykład 40 lat różnicy i to nie ja jestem starsza, ale to ja momentami zaspokajam im te potrzeby, które mają, a których sami nie są w stanie sobie zaspokoić. Wiem, że chcę w tej roli zostać, ale kto wie, co będzie jak skończę podyplomówkę? Pytanie brzmi też, gdzie znajdę pracę? Zostałabym tutaj bardzo chętnie, jeśli pojawiła by się taka okazja. Tu jest bardzo przyjazna atmosfera między pracownikami, szefostwem i podopiecznymi. Czasem aż boję się, czy jeśli poszłabym do innej pracy, to nadal tak by mi się to podobało? Czy to nie jest tak, że miejsce, które do pracy z niepełnosprawnymi mnie przyciągnęło, dało tak mocny efekt.

Zataczając krąg

mosty_reportaz05_01

mosty_reportaz05_01Dzień nie jest piękny, choć taka, wydawać by się mogło, powinna być niedziela. Przebijamy się przez Wrocław w kierunku Nowego Dworu, co chwilę stając w powstałych nie wiadomo skąd korkach. Szaro i jakoś mało zachęcająco do wychodzenia z domu − aura w ogóle nie pasuje nam do okoliczności, w jakich wybraliśmy się z aparatami w miasto. Zostaliśmy zaproszeni na obchodzone tylko w gronie najbliższych platynowe gody pani Michaliny i pana Romana. Czujemy się zaszczyceni.

Odnajdujemy adres. Wielopiętrowy blok mieszkalny, taki jak inne wokoło. Polskie, miejskie osiedle jakie znamy wszyscy. Przed klatką schodową wpadamy na część gości i już w towarzystwie, w przyciasnej, ale rozgadanej i wesołej windzie, wjeżdżamy na jedno z najwyższych pięter. W końcu wchodzimy do mieszkania wypełnionego zapachami gotujących się w kuchni specjałów i gwarem przywitań.

W kuchni niepodzielnie rządzi pani Michalina, której pomaga wnuczka Małgorzata. Zaglądamy z ciekawością do garnków, wymieniamy jakieś kulinarne uwagi, ale gospodyni szybciutko wygania nas do pokoju gościnnego, zaplecze mamy zostawić paniom. W przedpokoju mąż Małgorzaty, Bartek, z którym jeszcze przed chwilą jechaliśmy windą, stara się uporać z ubrankiem małego Kubusia. To prawnuczek − oczko w głowie naszych gospodarzy.

W pokoju gościnnym dyskusja krąży wokół sportu. Na ekranie telewizora poruszają się sylwetki panczenistów. Od czasu zimowych igrzysk w Soczi mamy spory apetyt na medale w tej dyscyplinie, a wkrótce mają pobiec nasi reprezentanci. Pan Roman, siedzący u szczytu stołu, obserwuje ekran. Bliżej odbiornika, na wygodnych fotelach, jego syn Andrzej i wnuk Mikołaj starają się przewidzieć wynik zawodów. Nieco z boku pani Lidia, żona pana Andrzeja, mama Małgorzaty i Mikołaja, przysłuchuje się im z zaciekawieniem.

Wchodzimy w tę leniwą, weekendową atmosferę, burząc ją nieco. Wkrótce siedzimy przy stole, na którym pojawiło się ciasto i gorące napoje, mamy pierwszą okazję na zadawanie pytań. Skoro to 55 rocznica ślubu gospodarzy, to pierwsze pytanie wydaje się być oczywiste. Chcemy się dowiedzieć, w jaki sposób poznali się nasi jubilaci.

Pan Roman sięga po rodzinny album i wyciąga z niego biało-czarne zdjęcie, na którym dwoje młodych ludzi siedzi obok siebie gdzieś w plenerze. To on z przyszłą żoną w Szklarskiej Porębie. – Miałem kolegów, którzy byli organistami – wspomina pan Roman – i jeden z nich prowadził chór przy kościele św. Michała we Wrocławiu. Ja często tam chodziłem, a żona śpiewała w tym chórze i tak się zapoznaliśmy.To było na Boże Ciało po procesji, kiedy się poznaliśmy, dokładnie pamiętam – uzupełnia pani Michalina, która właśnie w tym momencie wchodzi do pokoju z zamówioną kawą. – I umówiliśmy się na migi – z łobuzerskim uśmiechem dorzuca jej mąż, po czym śmieją się oboje.

– Chór był dość prężny – podejmuje opowieść pan Roman. – Tam ksiądz Grabowski był wtedy opiekunem i często robił wycieczki z młodzieżą. Akurat się załapaliśmy na wyjazd do Szklarskiej Poręby. Wyjeżdżało się pociągiem rano, tam śpiewaliśmy na mszy, a potem szliśmy gdzieś na biwak, na trawę. A wieczorem się wracało. To pozwalało się chórowi zżyć się ze sobą.

Pan Roman pracował wtedy w Opolu, w Wojewódzkim Urzędzie Urządzeń Rolnych, ale w 1959 roku wrócił do Wrocławia i ożenił się z panią Michaliną. Wkrótce oboje zaczęli pracę w Rejonowej Dyrekcji Budowy Miast i Osiedli. – Mąż był niezadowolony, że pod moim okiem, w jednym zakładzie – puszcza do nas oczko pani Michalina, jednak pan Roman szybko zaprzecza. – Mnie to wcale nie przeszkadzało.Ile lat minęło od państwa poznania się do ślubu – pytamy? – Trzy – odpowiadają jubilaci.

Młode małżeństwo otrzymało mieszkanie na ulicy Jęczmiennej – pokój z kuchnią. Wokoło były jeszcze gruzy, ale na podwórku rósł olbrzymi kasztan, który stał się miejscem sobotnich spotkań okolicznych mieszkańców. Zrobiono ławeczki, ktoś przynosił akordeon, śpiewano wspólnie piosenki. To wspomnienie, które mocno wryło się w pamięć naszych gospodarzy. Wkrótce na świat przyszedł pan Andrzej.

Dziewiętnaście lat tam mieszkałem. Cały czas, aż do matury – wspomina pan Andrzej. – Przedszkole na ulicy Grabiszyńskiej, szkoła na ulicy Prostej istnieją do dziś – zamyśla się. – Pamiętam gruzy na Grabiszyńskiej i chodniki z takich grubych, granitowych płyt. Teraz już wszystko pozmieniali, zrobili kładki, garaże.

W połowie roku 1979 rodzina wyprowadziła się do mieszkania na Nowym Dworze, w którym obecnie gościmy. Chwilę wcześniej pan Andrzej poznał panią Lidię, swoją przyszłą żonę. – To było w sylwestra, na prywatce w 1978 – mówi Pan Andrzej. – Pamiętam dobrze, bo to była zima stulecia. Jak szedłem na sylwestra to padał deszcz, a jak wracałem to już wszystko zamarzło i spadł śnieg. Ha! Ślub też wzięliśmy w trzy lata od poznania się, bo w 1982. Wszyscy zaskoczeni, przez chwilę zastanawiają się, po czym przytakują. Rzeczywiście upłynęły trzy lata od poznania się do ślubu. – I też przepracowaliśmy 18 lat razem w jednym zakładzie – dodaje ze śmiechem pani Lidia.

W roku 1984 rodzi się Małgorzata, a w 1986 – Mikołaj. Pan Andrzej z panią Lidią mieszkają na ulicy Reja, a później przeprowadzają się do swojego obecnego mieszkania na ulicy Pomorskiej. – I to było 25 lat temu – podsumowuje pan Andrzej. – Ile? – nie może nadziwić się pani Michalina. Przez chwilę liczy w pamięci, po czym potwierdza. – Tak, to już 25 lat, czas ucieka.Życie jest krótkie – filozoficznie podsumowuje pani Lidia.

A Bartek też mieszkał na Jęczmiennej! – zagaja pan Andrzej. – Najpierw na Pszennej, a później na Jęczmiennej – precyzuje Bartek, bawiący się na podłodze ze swoim synkiem. Przez chwilę zastanawiają się, czy na Jęczmiennej stoi jeszcze kasztan, o którym wspominał pan Roman. Bartkowi wydaje się, że tak, ale nie jest pewien czy to jest to samo drzewo? Oczywiście Bartek nie mógł poznać Małgorzaty na swojej ulicy, wśród rówieśników, mieszkała wtedy zupełnie gdzie indziej. Trafili na siebie zupełnie przypadkowo podczas spotkania internetowej grupy fotograficznej w jednej z wrocławskich knajpek.

To w ogóle było przedziwne spotkanie – wspomina Małgorzata – Po czasie z tej grupy wzięły się aż trzy małżeństwa. My jesteśmy jednym z nich. Małgorzata wpadła Bartkowi w oko od razu na pierwszym spotkaniu. Zaraz po nim pojechał za swoją sympatią na Festiwal Muzyki Filmowej do Krakowa. Do dziś wspominają niesamowity koncert z muzyką z filmu „Władca Pierścieni”.To po ilu latach od poznania pobraliście się? – żartem pyta pani Lidia. Przedłużającą się chwilę ciszy przerywa Bartek. – Kurcze… Po trzech! Wszyscy wybuchają śmiechem. – Taki widać zwyczaj w naszej rodzinie – podsumowuje pan Andrzej.

Dość tego gadania! – komenderuje Pani Michalina – Czas podać obiad. Z kuchni na stół, jedne za drugimi, wjeżdżają dania i wszyscy zajmują się konsumowaniem. Na koniec pojawia się deser – tort przygotowany specjalnie dla uczczenia rocznicy ślubu pani Michaliny i pana Romana. Jest odświętnie, ale też na swój sposób niezobowiązująco. Rozmowy przybierają mniej uporządkowaną formę. Pan Roman wspomina, że kiedyś sam lubił fotografować. Czy wnuczka tę pasję mogła odziedziczyć po nim? Sklejał też modele okrętów, ale przede wszystkim przez wiele lat był chórzystą.

Słuchamy z zaciekawieniem opowieści o Chórze Chłopięcym Polskiego Radia i jego charyzmatycznym twórcy Edmundzie Kajdaszu, o powstaniu Kameralnego Chóru CANTILENA. Pytamy, czy ktoś odziedziczył talent muzyczny po dziadkach? Pan Andrzej śmieje się, że słoń nadepnął mu na ucho, Mikołaj przyznaje się, że trochę grał na gitarze, a Małgorzata, że bardzo lubi śpiewać, ale tylko wtedy kiedy nikt nie słyszy.

Siedzimy w tej atmosferze serdeczności, wysłuchując opowieści naszych bohaterów i obserwując, jak uwaga dorosłych co chwilę zwraca się w stronę maleńkiego Kuby, który niezwykle grzecznie penetruje na czworaka zakamarki pokoju gościnnego i bez skargi daje się pieścić wszystkim po kolei – rodzicom, dziadkom i pradziadkom. W końcu ustawiamy wszystkich do portretu rodzinnego i powoli pakujemy swoje aparaty.

Czas się pożegnać. Gospodarze odprowadzają nas do windy, zjeżdżamy na dół i kierujemy swoje kroki w stronę samochodu. Pogoda nie polepszyła się ani trochę od momentu, kiedy tu przyjechaliśmy, ale my naładowani pozytywnymi emocjami znacznie cieplej patrzymy na świat. W samochodzie rozmawiamy o tym, jak blisko siebie potrafią być ludzie z pozoru tak różni, a jednocześnie żyjący tak podobnym życiem. Jakby każde kolejne pokolenie zataczało krąg, powtarzając wzorce, które sprawdziły się u poprzedników.

Przychodzi się, żeby żyć

mosty_reportaz04_01

mosty_reportaz04_01Piaskowa Góra to dzielnica Wałbrzycha leżąca w jego północnej części. Tak jak reszta miasta położona jest na wzgórzach, więc nazwa została nadana nie bez kozery. Razem z Tomkiem idziemy to wznoszącymi się, to opadającymi uliczkami i rozmawiamy o zajęciach z poezji, które prowadzi w ramach Uniwersytetu Trzeciego Wieku w każdą środę.

Na co dzień Tomek jest nauczycielem języka polskiego w dwóch wałbrzyskich liceach oraz opiekunem grupy filmowej. Nie przyzna się oczywiście do tego, jednak już pobieżna znajomość pozwala mi łatwo stwierdzić, że należy do belfrów bardzo lubianych przez swoich uczniów.

Propozycję poprowadzenia zajęć z poezji na Uniwersytecie Trzeciego Wieku otrzymał za pośrednictwem żony, prowadzącej tam zajęcia związane z psychologią. – Chyba nie miałem żadnych konkretnych oczekiwań przed pierwszymi zajęciami – mówi Tomek – raczej sporo strachu. Zawsze pracowałem z ludźmi młodszymi od siebie, tutaj miało być odwrotnie. Obawiałem się, czy będę potrafił swoimi wykładami zaciekawić.

– To nie są zajęcia takie jak w szkole, raczej miłe spotkania – opowiada Tomek. – Słuchacze to ludzie wysokiej kultury, oczytani, mający doświadczenie życiowe. Młodych w szkole często prowadzę przez materiał, bardziej z pozycji autorytetu, z ludźmi ze SUTWu jest inaczej, są szczerzy, mówią wprost. Tworzą wspaniałą atmosferę.

W końcu widzimy cel naszej podróży – niewysoki budynek Zespołu Szkół Społecznych nr 1 w Wałbrzychu. Tutaj obok społecznego gimnazjum i liceum, Wałbrzyskie Towarzystwo Oświatowe prowadzi Sudecki Uniwersytet Trzeciego Wieku (SUTW). Mimo późnopopołudniowej godziny w środku jest jasno i gwarno, właśnie skończyły się poprzednie zajęcia i seniorzy czekają na rozpoczęcie kolejnych. Przechodzimy przez główny hol witani przez pełne energii, uśmiechnięte twarze. Ktoś proponuje nam, abyśmy poczęstowali się jabłkiem. W końcu wchodzimy do sali numer 5, a zaraz za nami uczestnicy zajęć.

Pięć kobiet i jeden mężczyzna. Tomek, mimo obecności tego ostatniego, opowiadając o swoich podopiecznych mówi często „moje panie”. Rzeczywiście pań na SUTWie jest zdecydowanie więcej niż panów, a już na pewno jest tak na zajęciach z poezji. – Sprawa jest taka – zwierzył mi się wcześniej Tomek – że mnie w domu wychowywano tak, żeby szanować osoby starsze od siebie i siłą rzeczy nie potrafiłem przejść z nimi „na ty”. Żona się śmiała, że jestem ostatnim wykładowcą na roku, który komunikuje się tak oficjalnie. Ostatecznie to panie wyszły z inicjatywą. Odetchnąłem z ulgą. I rzeczywiście po sztucznym dystansie nie ma śladu, wszyscy witają się jak dobrzy przyjaciele.

Teraz czas na nas, przez chwilę na wstępie mówimy o naszym projekcie i wyjaśniamy, dlaczego przyjechaliśmy do Wałbrzycha na zajęcia uniwersytetu. Niemal natychmiast czujemy się jak u siebie, z sali pada żart, że normalnie na zajęciach z poezji jest więcej osób, ale niektórzy kiedy dowiedzieli się o sesji zdjęciowej postanowili zrobić sobie wagary. Śmiejemy się wszyscy.

Co zachęca do tego, aby przychodzić na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku? – pytamy. – My wyobrażamy już sobie siebie na emeryturze, święty spokój… I wieczne odpoczywanie? – zaczepnie przerywa nam pani Ala – Przychodzi się żeby żyć, żeby być i spotykać się z ludźmi. Żeby się rozwijać. Mamy fantastyczną zabawę przy muzyce, zajęcia językowe, kinezjologię.Dla bardziej aktywnych jest brydż – żartuje pani Krysia, wzbudzając ogólną wesołość. – Trzeba zobaczyć jak emeryci szaleją na tańcach sobotnich i niedzielnych, nawet młodzi nie potrafią się tak bawić – dodaje pani Marysia.

Uczymy się sześciu języków: niemieckiego, hiszpańskiego, francuskiego, angielskiego, czeskiego, rosyjskiego – wymieniają jedna przez drugą panie. – A na przerwie łacina – wbija się z żartem pan Rysiek. Śmiejemy się razem z Tomkiem, ale panie żywo zaprzeczają. Przez chwilę dyskutujemy o wulgaryzmach, ich natężeniu we współczesnym języku oraz roli jaką pełnią.

Pan Rysiek podsuwa nam wydruk komputerowy z planem zajęć uniwersytetu. Na zielono zaznaczone ma przedmioty, na które uczęszcza. W każdy wtorek, środę, czwartek i sobotę po kilka godzin różnych zajęć! Zanim udało się nam przeczytać całość, dyskusja o wulgaryzmach nieco przygasła – wracamy do głównego tematu. Dowiadujemy się na przykład, że bardzo przydają się zajęcia z obróbki fotografii. – Jeździmy tutaj od 12 lat na wycieczki – tłumaczy pani Krysia – i przez ten czas zwiedziliśmy więcej niż w naszym całym sześćdziesięcioletnim życiu. Robimy na tych wyjazdach dużo zdjęć.Taką mamy turystykę rozwiniętą – dodaje pani Marysia.

Ciekawi jesteśmy, jak liczna jest grupa studentów uniwersytetu. Panie konsultują się krótko i rzucają liczbą około 130 osób i to rokrocznie. Mamy szczęście, bo trafiliśmy na zajęcia, na które uczęszczają osoby będące ze SUTWem od samego początku, czyli od 2003 roku. – Z tych osób, co wtedy było na początku 120, zostało dziś może 10–15 – uświadamia nam skalę rotacji pani Jasia.

Pytamy jeszcze o to, jak sprawdza się takie odwrócenie ról, że osoba młodsza od studentów pełni rolę wykładowcy. – Mamy bardzo dobre relacje z naszym panem od polskiego. Został zaakceptowany – mówią jedna przez drugą panie, wzbudzając sporą wesołość w grupie. – Ile razy się zapowietrzy, jak chce nam coś powiedzieć i nie może się wysłowić, to my mu zawsze podpowiemy – łaskawie dodaje pani Jasia. Teraz wszyscy śmieją się już w głos.

Tomek, udając zażenowanie, ucina naszą pogawędkę, czas przejść do zajęć i tak już niemało czasu upłynęło na szkolnym zegarze. Usuwamy się w cień i z ciekawością obserwujemy wykład. Dziś nie jest on zwyczajny, grupa przygotowuje się do występu podczas zimowej akademii. Oczywiście zaplanowano recytowanie poezji i teraz trzeba w grupie wspólnie wybrać teksty. Każdy ze studentów przyniósł swoje propozycje, plik kartek rozdał również wykładowca. Zaczyna się pierwsze czytanie przerywane krótkimi wymianami opinii i uwagami prowadzącego.

Kiedy pani Marysia zaczyna czytać tekst Agnieszki Osieckiej „Kolęda we dwoje”, gdzieś za ścianą odzywa się stłumiony śpiew przy akompaniamencie pianina. To swoją próbę zaczął chór uniwersytetu, nie przeszkadza to jednak grupie poetyckiej. Pani Ala czyta „Noc zimową” Leopolda Staffa. – Wśród granatowej nieb wnęki – zastanawia się nad zapisem jednego z wersów? – Tak – podpowiada Tomek – to wersyfikacja charakterystyczna dla Staffa.

Rozglądamy się po sali lekcyjnej, oglądamy pomoce naukowe do języka polskiego, w tym czasie pani Krysia czyta wiersz Bogdana Czaykowskiego „Kiedy pada śnieg”, a następnie pani Jasia „Wigilię” księdza Jana Twardowskiego. – Mowa o komercjalizacji i powrocie mody na święta – wtrąca Tomek. – Twardowski potrafił bardzo lekko, a jednocześnie celnie pisać o tych sprawach.

W końcu czas na propozycje Tomka. Zaczyna się od „Jadalni” Czesława Miłosza z motywem obrazu z lodowiskiem Petera Bruegela, w drugiej kolejności „Pieśń 14” Jana Kochanowskiego. – Kochanowski zawarł w tym wierszu dwa główne motywy literackie renesansu – podpowiada Tomek – radość z życia póki ono trwa i wiedzę, że nikt nie jest nam w stanie zagwarantować tego co będzie. Kochanowski potrafił być też bardzo frywolny i w bardzo dojrzałym wieku we fraszce „Do dziewki” porównywał mężczyznę do czosnku…Bo śmierdzi? – błyskawicznie ripostuje pani Jasia. Po raz kolejny salwy śmiechu. – Nie – tłumaczy Tomek – pisał do młodej dziewki „choć broda u mnie siwa, jeszczem niezganiony, czosnek ma głowę białą, a ogon zielony”.

Wesołości nie ma końca, czytane są kolejne wiersze: „Zima z wypisów szkolnych” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, „Nawet teraz” Tomasza Różyckiego – wiersz bez rymów męskich, jak podkreśla Tomek. „Mróz” Juliana Tuwima wzbudza wielką radość, bo okazuje się, że część pań uczyła się go w szkole jeszcze ze słynnego elementarza Mariana Falskiego. Tomek pokrótce nakreśla sylwetkę Johna Keatsa, jednego z poetów jezior, nim odczytany zostaje jego wiersz, potem jeszcze tylko „Ranek zimowy” Aleksandra Puszkina i grupa przechodzi do wyboru i rezerwowania wierszy. Wszystko sprawnie, szybko, bezkonfliktowo. – 12 lat na uniwersytecie do czegoś zobowiązuje – dumnie wyjaśnia pani Krysia.

Koniec zajęć. Szybkie pakowanie się i część grupy wychodzi. – Teraz mam gimnastykę i muszę się jeszcze przygotować – mówi na pożegnanie pan Rysiek. W sali zostaje jednak jeszcze kilka pań. Pani Ala wyciąga księgę pamiątkową, którą prowadzi. W środku mnóstwo zdjęć, wydruków, rysunków upamiętniających wycieczki, występy, działalność wolontariacką. Bo SUTW to nie jedyne miejsce, w którym udzielają się studenci. Pani Ala właśnie domyka zabawę w domu seniora na Rusinowej, wcześniej organizowała z dziećmi dzień niepełnosprawnych.

Oglądam z zaciekawieniem zdjęcia z Wilna, z czeskich gór, w którymś momencie natrafiam na fotografie z cmentarzy zajmujące dwie strony księgi. – To są zdjęcia z ostatniego święta zmarłych – tłumaczy Pani Ala. – Poszliśmy odwiedzić naszych kolegów z uniwersytetu, którzy już od nas odeszli. Z każdym rokiem jest ich coraz więcej.

Wychodzimy ze szkoły i wspinamy się powoli uliczką do miejsca, gdzie zaparkowaliśmy samochód. – Środa to jest dla mnie specyficzny dzień – zwierza się Tomek. – Wstaję bardzo wcześnie i mam w perspektywie cały dzień poza domem. Najpierw lekcje w obu moich liceach, potem przychodzę tutaj, na uniwersytet, a prosto z niego idę na trening. O ile trening przynosi zmęczenie fizyczne i wpływa zbawiennie na moje ciało, to spokój ducha zapewniają mi zawsze „moje panie”. Potrafią mnie uspokoić, wyciszyć, poprawić humor. Wychodząc z zajęć na STUWie mam wrażenie, że to ja sam sporo się tam uczę.

O czymś, czego się nie da odzyskać

mosty_reportaz03_01

mosty_reportaz03_01

W Przejściu Żelaźniczym przy wrocławskim rynku przycupnął niewielki zakład zegarmistrzowski. Zza czarno-złotych krat dumnie prezentuje się szyld: „Naprawa zabytkowych zegarów. Janusz Laudański. Rok założenia 1979”. To cel naszej wizyty. Choć na szyldzie widnieje tylko jedno nazwisko, w środku wita nas dwóch panów, bo do pana Janusza dołączył w zakładzie jego syn, Michał.

Jesteśmy zauroczeni ciszą tego miejsca, przytulnością, ale chyba przede wszystkim jego magiczną atmosferą. To jak wejście do krainy czarów, gdzie z każdego kąta wyziera coś nieznanego. Poważne cyferblaty starych zegarów lustrują nas z góry na dół i tylko czasem wymieniają między sobą uwagi dystyngowanym dźwiękiem dzwonu lub nagłym stukotem sprężyny.

Kiedy pan Janusz wystąpił do wydziału lokalowego o przyznanie mu miejsca na założenie warsztatu zegarmistrzowskiego, jego znajomi podśmiewali się, że jest naiwny. Był rok 1979, a w miejscu dzisiejszych sukiennic stała tylko część współczesnej zabudowy. O lokal było bardzo ciężko. Miła pani w urzędzie wzięła jednak kontakt do naszego rozmówcy i obiecała odezwać się jeśli coś się pojawi. Jak to zwykle bywa, wiadomość przyszła podczas urlopu nad morzem i trzeba było szybko wracać. Ale opłacało się!

W miejscu starego garażu powstać miał zakład optyczny, ale plany poprzedniego najemcy się zmieniły, więc lokal był do wzięcia. – Ja mam zdjęcie jak to miejsce wtedy wyglądało – mówi pan Janusz i wyjmuje obrazek, na którym widać rząd kamienic oświetlonych ciepłym światłem popołudnia i fundamenty zrujnowanej części dawnej zabudowy. – Wtedy musiałem wieszać w oknie zasłonę, bo w letnie dni robiło się w zakładzie nieznośnie ciepło. Dziś słońce nie ma szans dotrzeć tak głęboko w zrekonstruowaną wąską uliczkę.

To już 35 lat… – zaczynam. – Już nie bądźmy tacy dokładni – ze śmiechem przerywa mi pan Janusz. Jak to się wszystko zaczęło? – pytam. – Kiedyś zbierałem starocie, między innymi zegary – wspomina mój rozmówca – a choć wielu było wtedy zegarmistrzów, to nikt nie chciał tego naprawiać. A że ja jestem taki dłubacz, lubię precyzyjną pracę i trochę interesowałem się amatorsko mechaniką, nakupiłem podręczników jakich można było wtedy dostać i sam metodą prób i błędów zacząłem naprawiać te zegary. Potem napisałem podanie do izby rzemieślniczej o dopuszczenie mnie do egzaminu czeladniczego, żeby zwiększyć swoje szanse, napisałem że tylko w zakresie starych zegarów. Zrobiłem papiery i już mogłem otworzyć zakład. To było o tyle sprytne, że w komisji nie było wielu chętnych do zadawania pytań z tej dziedziny. Egzamin polegał na praktycznej robocie, którą mi zlecili.

A co naprawiałeś ojciec? – pyta znad swojej pracy Michał. – Na pewno zegar, któregoś z członków komisji – odpowiada pan Janusz i obaj śmieją się z żartu. – Potem – kontynuuje przerwaną opowieść – po trzech latach, zrobiłem dyplom mistrzowski. Nie wiem jak odbierali moje pojawienie się inni zegarmistrze, bo nie ucząc się u żadnego z nich, nie miałem też znajomości towarzyskich w tym środowisku. Z czasem jednak klienci coraz częściej mówili, że tamci przesyłają ich do mnie, bo sami nie zajmowali się starociami, a i ja nie wchodziłem w zakres ich prac.

Dla mnie to było jak rozwiązywanie zagadek i przez to było bardzo pociągające – podejmuje pan Janusz – człowiek siedział, rozgryzał problem, dużo czasu poświęcał. Nowe zegarki naprawiało się wyciągając gotową część z szuflady, czyszcząc mechanizm. Moja praca polegała często na tym, że trzeba było rekonstruować zużyte części, a nieraz w ogóle dowiedzieć się wcześniej jak wyglądała taka, której brakowało. Wymyślić jak działała w mechanizmie. Dawniej każdy konstruował mechanizm zegara po swojemu. W ogólnym efekcie pokazywały ten sam czas i biły te same godziny, ale były bardzo różne, a podręczników w Polsce nie było, trzeba było znać języki obce. Wyszedł jeden, Podwapińskiego w latach pięćdziesiątych, to kupowało się go powoli, w tomach.

A podobno Podwapińskiemu to proboszcz kazał napisać o zegarach książkę – rzuca znad swojej pracy Michał. – I dobrze, bo by i tego nie było. – kwituje pan Janusz.

We Wrocławiu otworzono cech rzemieślników, zrzeszający ludzi zajmujących się rzemiosłem artystycznym. To tu pan Janusz, załatwił Michałowi pracę na wakacje w zakładzie meblowym, żeby sobie zarobił na wymarzony wyjazd. Po ojcowsku, dumnie ocenia, że wcale nieźle mu tam poszło. Michał wspomina – Ja tam trochę potyrałem, ale roboty po uszy. Znalazłem sobie jednak specjalizację, rzeczy drobne, rzeźbienia. Jest trochę miejsc we Wrocławiu, gdzie można znaleźć moje prace, na przykład przy rzeźbach balustrad secesyjnych. Kiedyś ojciec przychodzi i mówi, a może byś skrzynki (do zegarów) robił, a tu znów trudniej, bo dochodziła politura. Gdzie mogłem poprzyglądałem się, pouczyłem jak to się robi i zrobiłem sobie taką dziurę–warsztat w domu, w piwnicy. Ojciec przynosił zegary, skrzynki i zacząłem je robić. Do tej pory robię. Michał rozgląda się po ścianach warsztatu: – Tu jest parę moich dzieł.

On z drewnem miał jak ja z mechanizmami – uśmiecha się pan Janusz – Siedział, kombinował…To było okraszone i potem i łzami – podchwytuje Michał. – Na przykład taka czarna politura na połysk, prawie samobójstwo chciałem popełnić – śmieje się. – Robisz i nic, czas leci, a forsy nie ma!Ja to zawsze mówię, że syn nie odziedziczył po mnie dobrego charakteru, tylko manualne zdolności – żartuje pan Janusz. – I wystarczy! – kwituje Michał.

Ojciec i syn pracują teraz w jednym warsztacie, ale każdy z nich prowadzi działalność na własny rachunek. Urząd zgodził się na podnajęcie części powierzchni, więc każdy ma swoje biurko. Michał patrzy z szacunkiem na ojca: – On mnie uczy cały czas, gdyby jego nie było, to ja bym tu sam nic nie wykonał.Tylko, że dostajesz to wszystko już przetrawione – wtrąca pan Janusz. – Tak! Skrócone o męki, które musiałbym zaliczyć – podsumowuje Michał.

Michał zwierza nam się trochę, mówi, że powinien zacząć terminować u ojca wiele lat temu, ale czuł, że musi się wcześniej nieco wyszaleć, zobaczyć trochę świata. – Gdybym usiadł tu jako małolat i cały czas siedział, to czuję, że coś by mnie ominęło. A tak, poobijałem się trochę z chłopakami po świecie, zarabiając na planach filmowych, pracowałem jako pirotechnik, robiłem pokazy. Trochę by mi teraz tych wiz w paszporcie i zdjęć w albumach brakowało. Tu jest spokojniej. Tak jak mówi tata, siadasz i robisz, bo nierozwiązany problem nie daje ci spokoju. Myślisz o nim wieczorem, śni ci się po nocy, wstajesz i myślisz, co tu zrobić. To tak jak z tą politurą czarną, wystarczyło że zmieniłem chemię i wszystko zaczęło działać jak należy. Po prostu samemu trzeba się nauczyć, przećwiczyć.

Jak się uczy od ojca? – Ja mu tylko mówię jak powinien zrobić – dystansuje się pan Janusz. – I tak wychodzi wszystko na jego. Ja się zaprę, powiem nie! Nie ma bata! Po swojemu to robię. A potem po całym tym okręgu, co pokonam znów jestem w tym samym miejscu i okazuje się, że ojciec miał rację – uśmiecha się Michał.

Pan Janusz od dłuższego czasu głębiej zamyślony, słucha tego co mówi syn. – Każdy idzie swoją drogą – mówi w pewnym momencie. – Myśli, że czeka tam gdzieś na niego szczytny cel. Sam musi się zastanowić, jak to sobie poukładać, bo nie zawsze będzie mógł pracować po 12 czy 16 godzin na dobę. Myślę o czymś czego nie da się odzyskać. O straconym czasie.

Mała ojczyzna

mosty_reportaz02_01

mosty_reportaz02_01Zmęczona i smutna kamienica, jakich w Wałbrzychu wiele. Kiedyś musiała być piękna, dziś straszy zamurowanymi oknami. Jeszcze raz sprawdzamy adres − wszystko się zgadza, to tutaj zostaliśmy zaproszeni na 90. urodziny pana Bogumiła. Niecały tydzień wcześniej inspekcja budowlana zakwalifikowała budynek jako groźny dla mieszkańców i postanowiła wysiedlić nielicznych lokatorów w inne miejsca. To ostatnie rodzinne spotkanie w tym pamiętającym lepsze czasy budynku.

Drewnianymi schodami z niespotykaną już dziś balustradą wspinamy się na górę i chwilę później jesteśmy w pięknym, ciepłym i pełnym kolorów mieszkaniu. Witamy się z gospodarzami, a nasze nozdrza uderzają swojskie, obiecujące najlepszą polską gościnę, zapachy gotującego się niedzielnego obiadu.

Zaglądamy we wszystkie kąty mieszkania i nie możemy się nadziwić różnicy pomiędzy wnętrzem a pierwszym wrażeniem, jakie zrobił na nas cały budynek. Największy pokój został całkowicie zawładnięty przez najmłodsze pokolenie. Kuzynostwo Janek, Kajetan, Maciej i Zosia w dziecinnej fantazji zamienili go w roześmiany plac zabaw. Jesteśmy pewni, że na co dzień ten pełniący rolę salonu pokój wygląda znacznie dostojniej.

Tymczasem na stole pojawiły się już ciasto i kawa. Wszyscy dorośli siadają wkoło i możemy zadać pierwsze pytania. Chcemy dowiedzieć się czegoś o pochodzeniu solenizanta.

Przyjechałem do brata − wspomina pan Bogumił. − Jego przywieźli tu do pracy, a że listów do domu nie pisał… Zobaczyłem, że cały i zdrowy i chciałem wracać, ale mówi mi − jest dla ciebie praca, zarobisz parę złotych zanim wrócisz. Pochodzę z Lubelszczyzny, na gospodarce było ciężko, oboje rodzice zmarli jeszcze w wojnę i zajmowała się nami babcia, niezwykła kobieta. Przerobiłem w Wałbrzychu miesiąc, z Niemcem, któremu pomagałem − co kazał, to zrobiłem. Patrzę. Kurczę pieczone! Tyle pieniędzy?! Na gospodarce trzeba było przepracować pół roku i plony sprzedać, żeby tyle zarobić, a tu jeszcze jedzenie takie dobre w internacie. Ameryka! Porobię jeszcze trochę, pomyślałem.

Do pana Bogumiła szybko dołączyła żona, Halinka. Postanawiają popracować kilka lat i przeprowadzić się w jej rodzinne strony, pod Warszawę. Trafia im się w Wałbrzychu okazja, aby odkupić mieszkanie od wyjeżdżającego znajomego. W roku 1957 pojawia się dziecko, potem drugie i trzecie, coraz więcej łączy rodzinę z tym tymczasowym przystankiem na życie.

Kolejna próba przeprowadzki zostaje uniemożliwiona przez chorobę. W kopalni pan Bogumił był pod stałą opieką lekarza zakładowego, gdy powiedział mu o planach wyjazdu, ten poinformował go, że niestety musi wpisać mu do dokumentów podejrzenie pylicy, a z taką adnotacją nigdzie go do pracy nie przyjmą. Nasz bohater nie wiedział wtedy nawet, tak samo jak jego koledzy, czym jest ta choroba. − Lekarz powiedział mi − tłumaczy − żebym dotrzymał do emerytury, jeszcze 10 lat. Tutaj wszystko mam, a potem będę mógł decydować, co robić dalej. Tak też zrobiliśmy.

Gwarno i wesoło jest przy stole, opowieść solenizanta co rusz przerywają żarty i salwy śmiechu. Co chwilę ktoś podrzuca: Dziadku, a opowiedz jak babcia w zimę do porodu na plecach męża ciężarnej jechała!Pradziadek był wojskowym, o tu na zdjęciu, bardzo zasłużonym, ale zachorował, w wojnę ciężko było o lekarzy i zmarł. Kiedyś Wałbrzych to było żywe miasto, wokół zakładów powstawały osiedla, domy kultury. Szanowało się ciężką pracę.

W końcu, po 27 latach, pan Bogumił z małżonką wyjeżdżają. Po teściowej zostaje duża działka i zawczasu kupowane materiały budowlane. Stawiają wiejski dom pod Warszawą, ale − choć często bywają w Wałbrzychu − tęsknią za rodziną. Tymczasem na wakacje wysyłane są do dziadków wnuczęta, które teraz przy stole z zachwytem wspominają tamte lata. Cudowną atmosferę tworzyła babcia Halinka, dogadzająca wnukom wspaniałymi wypiekami. − Kuzynostwo się zjeżdżało, konie, krowy, wisienki, truskawki, współzawodnictwo w zbieraniu stonki… No trzeba było zarobić jakoś na lody! − wspomina Marta. Wszyscy wybuchają śmiechem.

W Wałbrzychu zostaje trójka dzieci pana Bogumiła – Danuta, Piotr i Bogusia. Pani Danuta wskazuje na męża i wylicza: − Ja zostałam na mieszkaniu rodziców z Bogdanem, brat wyprowadził się na Piaskową Górę, szwagier z siostrą na przydziałowe mieszkanie kopalniane. Tutaj urodziły się nasze dzieci, byliśmy u siebie. My to jesteśmy rodowitymi wałbrzyszanami, a mąż, tak jak ojciec jest górnikiem.

Córki pani Danuty i pana Bogdana, kiedy przyszedł ich czas, poszły dalej w świat. Marta na spotkaniu forum internetowego krasnale.pl we Wrocławiu poznała swojego przyszłego męża i przeprowadziła się bliżej niego. Basia zaczepiła swojego przyszłego męża na gadu-gadu i wyjechała do Warszawy. Aleksandra właśnie zaczyna studia prawnicze w Opolu. Wrocław nie przypadł jej do gustu, Opole jest znacznie mniejsze i spokojniejsze, a dojazd do Wałbrzycha ma wystarczająco dobry.

I tylko Aga została z mężem w Wałbrzychu. Mówi, że czasem trafia się okazja pracy gdzieś indziej i już są myślami w połowie drogi, kiedy przychodzi refleksja, że tu są u siebie, jest znajomo, bezpiecznie i póki co nigdzie nie wyjeżdżają. − Kiedyś ciężko było utożsamiać się z takim brzydkim miejscem − wspomina Aga. − Cały czas sadza na oknach, ubranie białych podkolanówek i wyjście na trawnik kończyło się tym, że wracało się w ciapki. Pani w szkole kazała nam szkicować krajobraz z koksowniami, a mnie wydawało się to ohydne! A teraz to wszystko znika i pojawia się jakaś nostalgia. Dobrze, że choć szyby kopalniane zostają.

Kiedy Marta była w ciąży z Kajetanem, postanowiła wraz z mężem, że rodzić będzie nie we Wrocławiu, ale w Wałbrzychu. Czuła się pewniej mając w takiej chwili przy sobie matkę i siostry. Dawid do dziś przy każdej okazji wspomina, jak zimą po skończonej pracy jeździł z Wrocławia do Wałbrzycha. Aga uważa, że dzięki temu więź między jej synami a synem Marty jest zupełnie unikatowa, bo poznali go już jako takiego maleńkiego, przywiezionego ze szpitala bobasa. Zupełnie jakby byli rodzeństwem, a nie kuzynami.

Pan Bogumił po śmierci żony wrócił do Wałbrzycha i układał tu sobie życie na nowo, choć nie było łatwo, jak sam twierdzi. Nie dość, że przeprowadzka ze spokojnej wsi do miasta to zmiana stylu życia, to jeszcze Wałbrzych zmienił się przez te lata, stał się głośniejszy, szybszy i niestety uboższy, bo wielkie przedsiębiorstwa, które utrzymywały miasto właśnie padały.

Pytamy zaczepnie, skąd więc jesteście? Pan Bogumił odpowiada natychmiast − Lubelszczyzna. Marta za swoją małą ojczyznę uważa dziś Wrocław. Za to Basia, która złego słowa nie da powiedzieć o mieście rodzinnym, wskazuje Wałbrzych, mimo że życie rzuciło ją aż do Warszawy. Maciej, jej mąż, opowiada, że kiedy tylko jechali do rodziców Basi, tej już za Wrocławiem na ustach pojawiał się uśmiech i niecierpliwie czekała aż dotrą na miejsce. Wszyscy natychmiast podchwytują tę myśl. Jadąc skądkolwiek, czekało się na widok gór i domów wyrastających na ich zboczach. Nawet zapach z koksowni dawał znać, że jest się u siebie.

Pani Danuta patrzy na swoje wnuczęta i nagle mówi. − Jak to się wszystko zmienia. Dla mojego taty nowością był telewizor, my musieliśmy się oswoić z komputerem, a Zosia ma do zabawy starego smartfona.

Po spacerze, obiedzie i obowiązkowym torcie żegnamy się z całą rodziną i życzymy solenizantowi wielu kolejnych lat w zdrowiu. Jeszcze w drodze rozmawiamy na temat tego, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy. Dochodzimy do wniosku, że chyba dla naszych gospodarzy ich prawdziwa mała ojczyzna jest tam, gdzie są razem. To bardzo krzepiąca myśl.